Blog > Komentarze do wpisu
Igort. Dzienniki ukraińskie

„Dzienniki ukraińskie” Igorta pochłonąłem na raz. I choć nie jest to lektura łatwa, nie mogłem oderwać się od wspomnień Ukraińców. Od opowieści o historii najnowszej naszych wschodnich sąsiadów.

Ukrainę przemierzałem wielokrotnie. Włóczyłem się po zapomnianych wołyńskich i podolskich wioskach. Po Bukowinie, okolicach Kijowa. Oglądałem zniszczone kościoły, drewniane cerkiewki, zapomniane wioski, galicyjskie miasteczka… Ukraina wciągnęła mnie. Ze swoją skomplikowaną historią, z losami mieszkańców. Tym chętniej sięgnąłem po „Dzienniki ukraińskie” spisane i narysowane przez włoskiego twórcę Igorta. Początkowo trochę się bałem. Pomyślałem – cóż też Włoch może wiedzieć o Ukrainie? Na szczęście okazało się, że wie. A poza tym ma na nią znacznie świeższe spojrzenie, niż Polacy, którzy często patrzą na ten kraj wyłącznie z perspektywy utraconych kresów...

Dlatego śmiało można polecić lekturę tego komiksu tym wszystkim obrońcom kresowego mitu. Chociaż w sumie nie. Myślenia tych osób pewnie i tak już nic nie zmieni. Może więc inaczej… To lektura dla tych wszystkich osób, które chcą dowiedzieć się więcej o historii najnowszej Ukrainy i Ukraińców. Lektura obowiązkowa. Igor wjeżdża w głąb Ukrainy. Jedzie do Dniepropietrowska. Dziś to rozwijająca się metropolia. Ale w czasach radzieckich była to strefa zamknięta, do której nie sposób było się dostać. Właśnie w Dniepropietrowsku spotyka swoich bohaterów. Ludzi z ulicy. Przypadkowo spotkanych, zaczepionych w prozaicznych miejscach. Przy wejściu do supermarketu, na bazarze. To Serafima Andriejewna, Nikołaj Wasilewicz, Maria Iwanowna oraz Nikołaj Iwanowicz. Każdy z bagażem doświadczeń na karku. Każdy z przeżyciami, będącymi odbiciem losów Ukrainy. Przeżyciami tragicznymi. Podobnie jak i XX-wieczne dzieje ich kraju.

Serafima Andriejewna – rocznik 1928 - pochodzi z Łucka Żytomirskiego. Świetnie pamięta rok 1932 i Wielki Głód (ukr. Hołodomor). Czasy, gdy ludzie zadowalali się korzonkami, wywarami z gałęzi, złapaną żmiją czy kawałkiem wysuszonej końskiej skóry, która – żuta – miała oszukiwać głód. Świetnie pamięta czasy, gdy kanibalizm zaczynał być na porządku dziennym. Czasy, gdy zaplanowane przez Stalina czystki miały zmienić oblicze sowieckiej Ukrainy. Gdy z liczącej 5,6 mln osób grupy „kułaków” w roku 1928 po sześciu latach przy życiu pozostaje raptem 149 tys. osób…

Podobnymi wspomnieniami dzieli się Nikołaj Wisiljewicz. Lata 20. i 30. w Mahdałyniwce pod Dniepropietrowskiem nie wyglądały inaczej niż we wspomnieniach Serafimy. Podobnie jest też i po wojnie. Kopanie rowów, budowanie kolei, nieudane małżeństwa, ucieczka… Życie Nikołaja trudno określić inaczej niż pasmem niepowodzeń składających się na historię upadku człowieka dziś pozbywającego się niepotrzebnych już rzeczy na jednym z bazarów. Z Mahdaniływki pochodzi również Maria Iwanowna. Za kilka kopiejek waży przechodniów pod centrum handlowym „MostCity”. W głowie dalej jednak ma Wielki Głód. Lata, gdy mleko, owsianka z kukurydzy i kawałek chleba był prawdziwym luksusem.

Z ich opowieściami kontrastuje historia ostatniego z bohaterów – Nikołaja Iwanowicza. Wychowany na stepie zastanawia się jak to możliwe, że kraj, który ma za sobą Wielki Głód, przez lata uważany był za „spichlerz Europy”, dziś porzuca własną ziemię. Staje się obliczem nędzy. Staje się państwem, gdzie homo sovieticus są zagubionymi istotami bez planów na przyszłość. Dowodem na to historia otwierająca „Dzienniki ukraińskie”. Historia z lata 2008, gdy Igort rozmawia z dwoma Ukraińcami, którzy „wyszli” z ZSRR z różnym patrzeniem na świat. Andrijem – dawnym majorem z legitymacja partyjną oraz Miszą, radzieckim lotnikiem, który odwiedził Stany Zjednoczone. To na nich budowana jest opowieść o współczesności – ginących prokuratorach, Julii Tymoszenko, oligarchach, luksusowym centrum Dniepropietrowska oraz budowanych w czasach radzieckich osiedlach-sypialniach, na które kursują niewielkie busiki – marszrutki. To od nich zaczyna się historia Ukrainy – czy szerzej Związku Radzieckiego - w XX wieku pokazywana równolegle obok opowieści zwykłych ludzi. Historia zaczynająca się od Lenina, przez dochodzącego do władzy Stalina, deportacje kułaków, rządy Breżniewa, Andropowa, wreszcie wybuch w Czarnobylu (pokazany jest nie wprost, ale historią tajemniczej chorobie – powodowanej radiacją). Historia wiosek, miasteczek, wiecznie smutnych ludzi, którym w życiu nic się nie układa. Historia, do przedstawienia której świetnie pasuje igortowa wersja „Guerniki” na modłę ukraińską.

Igort włożył w „Dzienniki…” masę serca. Spotykał się z ludźmi, poznawał historię. Następnie przelał ją na papier. Na komiksowe plansze. Brudne, współgrające z ciężarem historii. Plansze, z których wyłania się tragiczny obraz Ukrainy i Ukraińców. Państwa i narodu, o którym wciąż tak mało wiemy. Wydany przez Timofa i jego cichych wspólników album otwiera cykl tego autora poświęcony krajom dawnego Związku Radzieckiego. Drugą jego częścią są „Dzienniki rosyjskie”. Ale o nich - następnym razem.
czwartek, 01 lutego 2018, aklopot
Tagi: Ukraina

Polecane wpisy