Archiwum
Tagi
piątek, 29 czerwca 2018
Kolory Wschodu - część 358

Kowno (LT) maj 2018 (fot. Mamoń)
poniedziałek, 25 czerwca 2018
Okna na Wschodzie - część 211
Kulionys (LT) wrzesień 2014 (fot. Mamoń)
czwartek, 21 czerwca 2018
Ludzie Wschodu - część 293
Giumri (AM) czerwiec 2012 (fot. Mamoń)
środa, 20 czerwca 2018
Kolory Wschodu - część 357
Szary - Brześć (BY) lipiec 2017 (fot. Mamoń)
wtorek, 19 czerwca 2018
Ludzie Wschodu - część 292

Bratysława (SK) sierpień 2017 (fot. Mamoń)
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Wschodni design - część 331
Mińsk (BY) lipiec 2017 (fot. Mamoń)
piątek, 15 czerwca 2018
Wschodni design - część 330

Kowno / Kaunas (LT) maj 2018 (fot. Mamoń)
piątek, 08 czerwca 2018
Berlin. Miasto kamieni, miasto dymu

Berlin wciąga. Trzeba go tylko odkryć. Poznać. Najlepiej na wielu płaszczyznach.

Zaczynając od miasta. Mnie wciągnął na dobre przed prawie dwoma dekadami, kiedy to wpadłem tam na kilka dni. Ot tak, żeby poszwędać się po mieście, poczuć jego klimat, pozaglądać do muzeów i poszukać śladów Muru Berlińskiego. Po to, żeby niespiesznie połazić z dala od Unter der Linden, po zaułkach, gdzie wciąż można było znaleźć jeszcze rozdarte na pół miasto. Też po to, by przysiąść gdzieś pod Bramą Brandenburską i popatrzeć na miasto. Na jego rytm. Podporządkowany... Nie. Jeszcze nie turystom. Berlin z początku XXI wieku nie przypominał tego, który zobaczyłem parę lat temu. Był miastem, które ciągle jeszcze dopiero na nowo powstawało, na nowo się kształtowało. Od tego czasu „dziury” po murze połatano, a turyści znaleźli swoje ścieżki, z których lepiej uciekać, by nie zostać zadreptanym. Ale dwie rzeczy się nie zmieniły. Klimat. I moja fascynacja tym miastem. Dlaczego o tym wspominam? No bo teraz nadarza się okazja, by przypomnieć sobie „Berlin” Jasona Lutesa. Komiks, który pokazał jeszcze jeden obraz miasta. Miasta, które we współczesnym Berlinie jest gdzieś na drugim planie. Miasta przedwojennego. Eleganckiego. Podzielonego, ale inaczej niż Berlin współczesny. Szarpanego propagandą i filozofiami XX-wiecznych totalitaryzmów.

Pierwszy tom zatytułowany „Berlin. Miasto kamieni” właśnie został wznowiony. Jej ciąg dalszy to „Berlin. Miasto dymu”. Nasza przygoda z „Berlinem” Jasona Lutesa zaczyna się we wrześniu 1928 roku, w pociągu z Kolonii. Właśnie w nim poznajemy młodą dziewczynę ze szkicownikiem Marthę Mueller oraz dziennikarza Kurta Severinga. Ona przez ostatnie lata trzymała się z dala od rzeczywistości. Również w Berlinie szybko wsiąka w świat artystycznej młodzieży, gdzie najważniejsze jest ciągłe szkicowanie, przesiadywanie na dachach oraz odkrywanie coraz nowszych zakątków miasta, nie zaś polityka. Kurt jest z innego świata - na bieżąco śledzącego wydarzenia z ulic. A ścierają się tu „komuniści, socjaliści, nacjonaliści, demokraci, republikanie, kryminaliści, żebracy, złodzieje...”. Można rzec - wprost huczy. To tło historyczne opowieści jest jak najbardziej autentyczne. Lutes pokazuje zresztą najważniejsze fakty z międzywojennej historii Niemiec. Część już tylko w postaci wspomnień, część pokazując na bieżąco, z biegiem akcji. Mamy więc i prawicowca Alfreda Hugenberga, i historyczny przelot Zeppelinem ze Starego Kontynentu do Stanów Zjednoczonych, i wygnanie Trockiego z Moskwy, i pogrzeb kanclerza Gustava Stressemana czy wreszcie krach na giełdzie. Mamy też demonstrację w 10. rocznicę zabójstwa Róży Luksemburg, o której wciąż pamiętają „czerwoni”...

Również bohaterowie mogliby rzeczywiście mieszkać w ówczesnym Berlinie. Weźmy np. małżeństwo Gudrun i Otta. Ona - pozbawiona perspektyw - ginie podczas demonstracji pierwszomajowej. On - wspiera faszystów. Weźmy Annę - koleżankę Marthy z uczelni, której nie w głowie problemy świata, ale dobra zabawa. Polę - pozującą na zajęciach z rysunku później zakochującą się w jednym z muzyków jazzowych zza oceanu. Weźmy też świetne relacje między młodszym pokoleniem - Davidem z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej oraz Rachelą z rodziny niemieckiej. Kumpli Kurta z mediów czy całą grupę bezimiennych postaci, które przyglądają się wyrysowanym sytuacjom. Każdy mógł przecież żyć w Berlinie przełomu lat 20. i 30. XX wieku. A że każda z tych osób to inny świat, mamy na kartach komiksu świetny przekrój ówczesnego Berlina. Z jednej strony to eleganckie salony i kabarety, a z drugiej brudna, momentami wręcz śmierdząca i odpychająca ulica. Z jednej handel rzeczami pocesarskimi, z drugiej codzienność Republiki Weimarskiej. Walka o przetrwanie oraz - wydawać się może - bezproduktywne debaty o sztuce i filozofii. 

Bezproduktywne, z historycznego punktu patrząc. Bo przecież bohaterowie w roku 1928, czy 1929 nie wiedzą czym zakończy się dojście do władzy faszystów. Lutes świetnie pokazuje te nastroje. Widać to w drugiej części komiksu - „Miasto dymu”. Zwolenników socjalistycznej rewolucji przedstawia wykorzystując do tego Marthę i Kurta. To oni pytają, dlaczego wspierają „czerwonych”. Kurt notuje, gdy Martha ślęczy nad szkicownikiem. Faszyści to po prostu podgolone typy coraz odważniej - szczególnie po zabójstwie jednego z nich przez socjalistów - pokazujący się na ulicach miasta. Wreszcie zdobywający coraz więcej mandatów w wyborach...

Komiksowy „Berlin” Lutesa jest odbiciem Berlina współczesnego. Raz ma twarz bardziej partyjną, raz twarz „krawężnikowych socjalistów, radiowych nałogowców, bezrobotnych karciarzy i enuzjastów pilsnera”. Wszystko zależy do której jego części trafimy. Tej bliżej Reichstagu i Bramy Brandenburskiej, czy też dzielnic pełnych starych kamienic lub socjalistycznych bloków z wielkiej płyty.

Jason Lutes „Berlin: Miasto kamieni”, „Berlin” Miasto dymu”, wyd. Kultura Gniewu

środa, 06 czerwca 2018
Kolory Wschodu - część 356
Modry - Bratysława (SK) sierpień 2017 (fot. Mamoń)
wtorek, 05 czerwca 2018
Drewniane - część 57
Grodno (BY) kwiecień 2018 (fot. Mamoń)
 
1 , 2