Archiwum
Tagi
niedziela, 31 lipca 2011
Kolory Wschodu - część 202

Żółty - Wilno/Zarzecze (LT/UZ), marzec 2011 (fot. Mamoń)

sobota, 30 lipca 2011
Kolory Wschodu - część 201

Biały - Pupasodis (LT), maj 2010 (fot. Mamoń)

piątek, 29 lipca 2011
Czytelnia - część 17: Włóczęga na Wschód

Sposób na wolny czas? Wystarczy spakować plecak, zabrać pod pachę porządny przewodnik i można ruszać. Najlepiej na wschód. No, ewentualnie na południowy wschód. To dwa kierunki, które wybieram, planując wypady.

Gdzieś na Polesiu (BY), czerwiec 2011 (fot. Mamoń)

Trzymam się z dala od ofert wypoczynku w kilkugwiazdkowych hotelach z basenami oraz z wyżerką serwowaną na szwedzkich stołach. Dlatego nie sposób spotkać mnie na tunezyjskich, egipskich czy hiszpańskich plażach. Chociaż - nie powiem - same te kraje chętnie bym zobaczył.

Planując wypady, wybieram inne miejsca, inny komfort i inne klimaty. Wybieram Wschód. Szeroko rozumiany, gdyż pod tym hasłem kryje się cały kawałek środkowo-wschodniej Europy. Dlaczego? Powodów jest kilka. Bo jest mniej znany, mniej skomercjalizowany, czasami zupełnie niedostosowany pod turystę. Ba. Czasami nawet nie jest dostosowany pod miejscowych! Jeden autobus na dzień dojeżdżający do danej miejscowości ciągle bywa w niektórych przypadkach normą. Ale w tym właśnie tkwi cały urok. Podczas zwiedzania nie lubię mieć podanego wszystkiego na tacy. Nie wyobrażam sobie prowadzenia "za rękę", za wystawioną wysoko nad głowy "szanownej wycieczki" parasolką. Oglądania wybranych rzeczy. Tych, które akurat ma ochotę pokazać firma serwująca objazdową wycieczkę typu "Pięć stolic świata w trzy dni" czy "Kenia i Nadrenia - 14 dni fantastycznej przygody". O nie. To stanowczo nie dla mnie.
Cóż jest fascynującego we Wschodzie? Wiele. Przede wszystkim można spotkać niezwykłych ludzi, którzy na widok turysty najpierw będą zaskoczeni, a później zrobią wszystko, by z - osady, wioski, mieściny, miasteczka - wyjechał z najlepszymi wrażeniami. Tak właśnie było na Ukrainie, na Podolu. Tak jest na białoruskim Polesiu. Estońskich wyspach. Na łotewskiej prowincji czy gdzieś na Litwie, nad Niemnem. Miejscowi zawsze pokażą drogę do zrujnowanej pamiątki sprzed wieków. Opuszczonego pałacu, dawnego majątku, kościoła czy cerkwi. Z ciekawością przejrzą nasze przewodniki, składając literka po literce poszczególne polskie słowa. Podobnie jest w Rumunii, gdzie w każdej z siedmiogrodzkich mieścin stoi obronna świątynia ewangelicka. Świątynia, w której dziś brakuje już licznych młodych potomków niemieckich osadników. W latach 90. - korzystając ze swoich korzenni - najzwyczajniej w świecie powyjeżdżali nad Szprewę i Łabę. Zostali starsi, łamanym niemieckim opowiadający o sakralnych skarbach tych ziem.

Na Wschodzie zawsze można liczyć na miejscowych. Podpowiedzą skrót na przełaj, przez pola. Zabiorą na stopa, którym może być nawet... furmanka wypełniona po brzegi chrzanem! Takim ustrojstwem jeździłem kiedyś w okolicach Szczuczyna na Białorusi. Może to być też ekskluzywny mercedes ze skórzanymi siedzeniami przemierzający obwód Kaliningradzki. W Rumunii z kolei "okazją" może być zapakowana już czterema osobami (i ich tobołkami) stara, pordzewiała dacia. Miejscowi twierdzą, że jeszcze dwie osoby zmieszczą się w niej bez problemu! Mają rację... Zmieszczą się. Z podobnego założenia wychodzę i ja, jeżdżąc dziś po Wschodzie "niebieską strzałą" - wysłużoną skodą, która widziała już kawałek naszej części świata. Na tylnym siedzeniu zawsze znajdzie się miejsce dla dziadka, któremu uciekł autobus, dla kobiety, która wybrała się na spacer po okolicy i odeszła zbyt daleko od wioski, by teraz wracać do niej na piechotę. Czy też dla kogoś, kto chce podjechać kawałek, do najbliższego przystanku lokalnego odpowiednika naszego PKS-u.

Wschód potrafi zauroczyć. Odkrywam go - powoli, nie spiesząc się i nie skacząc z miejsca na miejsce, ale zjeżdżając dokładnie poszczególne regiony, kraje - od dobrych już dziesięciu lat. Nie każdy to zrozumie. No bo co można robić przez dwa tygodnie na Wołyniu? Albo w Czechach nie zajeżdżając w tym czasie do Pragi? Przez tydzień na białoruskim Polesiu czy na estońskich wyspach? Co można robić pod Moskwą w tzw. Złotym Pierścieniu Rosji? Ano można. Można tę - mniejszą czy większą - prowincję chłonąć. Siadając gdzieś na drewnianej ławie pod cerkwią czy kościołem. Podpatrując miejscowych. Patrząc jakim rytmem toczy się ich życie. Spoglądając na stojące od wieków zabytki. Czasem pięknie odnowione, czasem będące równie piękną ruiną.

Nie napiszę dziś, że zachęcam Państwa do odkrywania Wschodu. Nie. Nic na siłę. Proszę się nie zmuszać. Wschód nie jest dla każdego. Ale to dobrze. Dzięki temu pozostanie jeszcze dłużej swoistym terra incognita. Obszarem zamkniętym przed ekskluzywnymi hotelami i wycieczkami podążającymi za parasolem. Obszarem TYLKO dla tych, którzy go czują.
Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej z 23 lipca 2011
Halo? Czy jest tu jeszcze ktoś?

Trochę nas - Kierunku Wschód - na blogu nie było. Ale powód jest prozaiczny. Chcieliśmy nazbierać trochę zdjęć z nowych wypadów, by wrzuty na bloga nie były monotematyczne :) Udało się. Oznacza to, że nowe wpisy w końcu BĘDĄ.

A na zachętę... Jeden wschodni design

Żyrowice (BY), czerwiec 2011 (fot. Mamoń)