Archiwum
Tagi
czwartek, 30 sierpnia 2012
Wschodnie monumenty - część 116

Brasław (BY), sierpień 2011 (fot. Mamoń)

wtorek, 28 sierpnia 2012
Ludzie Wschodu - 188

Ingliszticzer w Նորատուս - Noraduz (AM), czerwiec 2012 (fot. Mamoń)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Czytelnia - część 18: Podróż bez przepisu na Bliższy Wschód
Kiedy dwanaście lat temu pierwszy raz przejeżdżałem pociągiem relacji "Kuźnica-Grodno" przez Niemen, nie sądziłem jeszcze, że właśnie zaczyna się moja wielka przygoda z "Bliższym Wschodem".
Pod Iwacewiczami (BY), czerwiec 2011 (fot. Mamoń)
Wymyśliłem sobie ten "Bliższy Wschód" jako określenie na tereny Litwy, Białorusi, Ukrainy, Estonii, Łotwy czy europejskiej części Rosji. No bo skoro mamy Bliski Wschód, ten Wschód właściwy (gdziekolwiek jest) i Daleki Wschód, jak określić tę część świata? Z czasem mój "Bliższy Wschód" rozrósł się na Bałkany, a ostatnio na Kaukaz. Ale "Bliższy Wschód" to też tereny, które leżą kilkadziesiąt kilometrów - no dobra, czasami trochę ponad setkę - za rogatkami Białegostoku. To pasek wzdłuż granicy z Litwą i dalej z Białorusią. Oczywiście już za biało-czerwonymi słupkami z orzełkiem w koronie.

Dwanaście lat temu dostałem się tam klasycznym "przemytniczkiem", w którym wszyscy znają się jak łyse konie. Pasażerowie, maszynista, nawet pogranicznicy. Ci pierwsi chowają, drudzy de facto przemycają, trzeci przymykają oko. I biznes się kręci. Później jeździłem nim jeszcze wielokrotnie (wiadomo, że do Moskwy, Kijowa czy Sankt Petersburga najtaniej można dojechać z Grodna albo Brześcia). W składach relacji "Kuźnica-Grodno" oraz "Grodno-Kuźnica" wielokrotnie obserwowałem, jak pomysłowi "turyści" chowają kawałki polskich kurczaków pod fałdy płaszcza. Jak dzielą się kupionym u nas tańszym i lepszym żarciem, by nikt przypadkiem nie przekroczył dopuszczalnych kilogramów, jakie może wwieźć na Białoruś. Pomysłowość w drugą stronę jest jeszcze większa. Wódka w plastikowych woreczkach, którymi Białorusinki "powiększają" sobie piersi. Fajki doklejane pod dresy... Można reklamować: "Momentalne budowanie muskulatury. Szybsze niż w najlepszej siłowni!" Za każdym razem osoby z wypchanymi po brzegi stelażami w takim zestawieniu wyglądają kuriozalnie. Za każdym razem jednak są pomocne. Też coś przemycą, też pomogą przerzucić na drugą stronę - tę już unioeuropejską - fajki i flaszkę wódki. Nie kryję, za każdym razem też przykładam do tego procederu i swoją rękę. Raz nawet miałem okazję stać się "właścicielem" (fakt, że tylko na czas przejazdu przez granicę) dojarki! Jakoś jednak nie przekonywały mnie argumenty, że mogę być przecież studentem rolnictwa, a dojarka jest mi potrzebna na zajęcia. Dlaczego o tym piszę? Bo "przemytniczek" to bardzo ważny element "Bliższego Wschodu". Coś, co trzeba zobaczyć, by poznać ten kawałek Europy. Poznać, zanim na dobre się w niego wsiąknie...

Białoruś: Gdzie Lenin mówi dobranoc
Mińsk (BY), lipiec 2011 (fot. Mamoń)

Zacząłem od "przemytniczka" do Grodna. I od Grodna najlepiej zacząć poznawanie kraju naszych sąsiadów. Położone nad Niemnem miasto ze swoimi kamienicami, kościołami, zamkami, cerkiewką na Kołoży czy drewnianą dzielnicą Nowy Świat należy do najciekawszych miast na całej Białorusi. "Przemytniczkiem" można wbić się też z Terespola do Brześcia. Tutejsza twierdza robi na każdym wrażenie - niezależnie od tego, czy bardziej zwrócimy uwagę na carskie zabudowania, czy też na monumentalne pomniki, które pojawiły się tu już w latach 70. Ja jednak nie ukrywam, że bardziej niż miasta, wolę prowincję. Lubię odwiedzać zapomniane cmentarze. Oglądać stare, misternie zdobione żelazne krzyże. Albo proste kamienne nagrobki, z których wciąż można odczytać nazwiska. Lubię chodzić po dawnych założeniach dworskich, po wojnie przejętych przez lokalne kołchozy, a dziś opuszczonych. Tak jest w Brzostowicy Murowanej, gdzie stoi do dziś dwór Sołtanów. Tak jest też w Wysokiem, które należało do Potockich. Tak jest też w oddalonej nieco od granicy Różanie, nad którą góruje ruina pałacu Sapiehów. Wzdłuż paska granicznego są też takie miejsca jak Wołczyn, gdzie pochowany był Stanisław August Poniatowski. To akurat miejsce o tyle szczególne, że właśnie podnosi się z upadku. Kościół św. Trójcy, który przez dekady był ruiną bez dachu, właśnie przeżywa swoistą metamorfozę. Jest też tu Indura, gdzie praktycznie obok siebie stoją do dziś świątynie trzech wyznań - synagoga, cerkiew i kościół katolicki. Jest leżący na skraju Puszczy Białowieskiej Kamieniec Litewski ze swoją Białą Wieżą. Są należące do Niemcewiczów Skoki... W końcu jest tu swoisty Disneyland - siedziba Dziadka Mroza, czyli białoruski odpowiednik domku Świętego Mikołaja z fińskiego Rovaniemi. Są stare, drewniane domy. Wprawdzie przy granicy z Polską nie są to zabudowania tak pięknie zdobione jak bliżej Pińska na Polesiu, ale nie da się im odmówić uroku. Są dostawiane w czasach radzieckich straszące bloki z wielkiej płyty. Jest więc i historia, i tandeta. Wrzucone do jednego wora często tworzą iście wybuchową mieszankę.

Podczas podróży po Białorusi kolekcjonuję Leniny. Jego pomnik stoi właściwie w każdym miasteczku. W Grodnie Wołodzia ma dla siebie cały plac. Maszeruje na wysokim cokole, w swojej charakterystycznej czapce. Płaszcz mu lekko zawiewa, przytrzymuje więc go prawą ręką. Chyba akurat była jesień, gdy powstawał w głowie twórcy. W Brześciu stoi przy swojej ulicy, na skraju swojego placu. Trafiło mu się miejsce niemal dokładnie kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego. Stoi. Już w marynarce. W lewej ręce trzyma czapkę. Prawą pokazuje coś w oddali. Nie wiadomo komu, nie wiadomo co... Chociaż, jeśli dobrze się ustawimy, okaże się, że Wołodzia pokazuje właśnie kościół! Lenin z Wołkowyska jakoś nie zapadł mi w pamięć. Nie pamiętam też, by stał w Wysokiem czy Różanie... Może ich tam nie ma, a może po prostu nie wyróżniają się niczym? Na Białorusi zapamiętałem natomiast miasteczko Świsłocz - położone właściwie zaraz za przejściem granicznym w Bobrownikach. Nijakie, ale z ustawionym w centrum srebrzystym Leninem, za którym znalazło się nawet i miejsce dla... Stalina. Najciekawszego Lenina udało mi się ustrzelić w Symferopolu na Krymie. Tam wódz siedzi sobie wygodnie w fotelu. Ale czy można się mu dziwić? Wszak na Krym przyjeżdża się, by odpocząć. Podobnego można znaleźć na Litwie w Grutas Parku pod Druskiennikami. Przyjechał tu z Pałangi czy Kłajpedy. Też z kurortu. Może był to więc model przeznaczony w miejsca, gdzie obywatele sojuzu dostawali przydział na wczasy? W Grutas Parku świetnie widać różnicę między Białorusią a Litwą. W pierwszym kraju Lenin dostaje nowe cokoły, a place, na których stoi, są oczkiem w głowie władz. Na Litwie stał się elementem popkultury.

Litwa: Kraina drewnianych krzyży

Punie (LT), maj 2010 (fot. Mamoń)


Litwa... To już inna bajka. Ilekroć przecinam Litwę, utwierdzam się w przekonaniu, że wzdłuż dróg wcale nie muszą stać setki pstrokatych billboardów czy reklam majstrowanych przez domorosłych biznesmenów. Za każdym razem podziwiam też to, że na prowincji nikt się nie grodzi, nikt nie stawia wokół swoich domów wysokich ceglanych parkanów, za którymi za wszelką cenę chce ukryć swój świat. Fakt, że tuż za przejściami w Budzisku i Ogrodnikach natrafimy na klasyczny przygraniczny rozpierdziel, ale wystarczy przejechać kilka kilometrów z głównej drogi i już jest zgoła inaczej. Pamiętam, jak pierwszy raz pojechaliśmy zobaczyć, jak też wygląda kawałek Litwy, ciągnący się na wysokości Berżników i Sejn. Z Lazdijai - zakupiwszy w sklepie butelkę pysznego kwasu - ruszyliśmy do miasteczka Veisiejai. Razem z nami jechało kilka innych samochodów na białostockich rejestracjach. Ale nikt się tu nie zatrzymał. Wszyscy popruli dalej do Druskiennik - mogę się domyślać, że do aquaparku - minąwszy uroczą miejscowość. Nikomu nie przyszło do głowy, by przystanąć choćby po to, by zajść nad Jezioro Ancia (czyli Hańcza!), by znaleźć pomnik Ludwika Zamenhofa albo miejsce po domu, gdzie mieszkał w latach 80. XIX wieku. Nikt też nie odbił z głównej drogi, za drogowskazem prowadzącym do majątku Justianów i dalej do Kapciamiestis, znanego u nas pod nazwą Kopciowo. A to tu można znaleźć grób Emilii Plater oraz jej nieco kiczowaty, acz uroczy, pomnik. Jadąc z Lazdijai w drugą stronę dojedziemy do grodziska w Rudaminie, dalej do majątku Ostrów-Kirsna, do Kalwarii. Po przecięciu trasy z Budziska na Kowno trafimy np. do Winksznupi z cmentarzem tatarskim ukrytym w niewielkim lasku pomiędzy polami miejscowych rolników. Położenie nie dziwi, że trzeba tam dojść polną miedzą. Jeszcze dalej leży Wisztyniec. Miasto graniczne w dosłownym tego słowa znaczeniu. Kończy się... blaszanym płotem, który oznacza, że dalej jest już obwód kaliningradzki. Granicę Unii Europejskiej wytyczają też żółte bojki puszczone po wodach Jeziora Wisztynieckiego. Wrócić możemy stąd przecinając polsko-litewską granicę w dowolnym miejscu. Mamy przecież strefę Schengen. Szkoda tylko, że na podobnych zasadach nie możemy wejść do rosyjskiej enklawy nad Bałtykiem. Może kiedyś... Dziś musimy się zadowolić fotką ze słupkiem na polsko-litewsko-rosyjskim trójstyku granic.

Tak, jak na Białorusi, zbieram Leniny, tak z Litwy "przywożę" cuda rzeźbione w drewnie. Pierwsza grupa cudów to drewniane krzyże. Pierwsze stoją już we wspomnianym Veisiejai. Kolejne są właściwie przy każdym kościele czy na górkach w centrum wioseczek. To wysokie na kilka metrów perełki. I chyba nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że nie ma na Litwie dwóch takich samych krzyży. Jest z nimi jak z płatkami śniegu. Niby takie same, niby podobne. Ale gdy się im przyjrzymy, to okaże się, że różnią się jakimś detalem. Kto chce zobaczyć ich całe mnóstwo, musi odbić w głąb Litwy, w okolice Szawli, na Górę Krzyży, gdzie stoją ich tysiące - od miniaturowych, kilkunastocentymetrowych, do kilkumetrowych gigantów - tworząc prawdziwy labirynt. Niekiedy pojawiają się porównania, że na nich wzorowana jest Góra Krzyży przy Świętej Wodzie. Moim zdaniem to jednak porównanie na wyrost. Znacznie na wyrost. Nie tylko z racji na ilość... Drugi z litewskich drewnianych cudów to uliczne rzeźby. Nazwać je mogę umilaczami przestrzeni. Zabawne postaci wzorowane na pogańskich wierzeniach i litewskich baśniach. Też są wszędzie.

Prócz tysięcy zdjęć z każdej wyprawy na "Bliższy Wschód" przywożę też torbę smakołyków. Z Białorusi zawsze wracam z kilkoma butelkami kwasu "Lidzkiego", czarnym chlebem i wędzonymi filetami śledziowymi (przez pewien czas podobne można było kupić w polskich sklepach, nie wiedzieć czemu wycofano je ze sprzedaży). Do szmacianki dorzucam też piwo "Krynica" czy "Aliwaria". Czasem butelkę "Balsamu Białoruskiego" - rozgrzewającej nalewki ziołowej, która przydaje się do herbaty w zimowe dni. Kwas czy piwo zawsze przyjeżdża też i z Litwy. Dorzucam do nich ser "Zanavyku" (cokolwiek to oznacza), ciastka "Selga". Na drogę biorę też przepyszny serek waniliowy - oblany czekoladą niczym batonik... Taki żelazny zestaw.

Pewnie dziwią się Państwo, że nie podaję tu przepisu, jak jechać na "Bliższy Wschód". Specjalnie. Nie da się go podać na tacy, nie da się go zwiedzać z biurami podróży. Najlepiej go poczuć. Na własny użytek, według własnych upodobań. Inaczej jeżdżenie tu nie ma sensu.

Tekst ukazał się w "Gazecie" z 24 sierpnia 2012

środa, 22 sierpnia 2012
Wschodni design - część 133

Komarowszczyzna (BY), sierpień 2011 (fot. Anka)

wtorek, 21 sierpnia 2012
Wschodni design - część 132

Okolice Erywania (AM), czerwiec 2012 (fot. Mamoń)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Kolory Wschodu - część 228

Niebeski - Widze Łowczyńskie (BY), sierpień 2011 (fot. Mamoń)

niedziela, 19 sierpnia 2012
Zwierzęta w podróży - część 203

Punie (LT), maj 2010 (fot. Mamoń)

środa, 15 sierpnia 2012
Okna na Wschodzie - część 116

Litomyśl (CZ), maj 2009 (fot. Mamoń)

niedziela, 12 sierpnia 2012
Kolory Wschodu - część 227

Zielony - Winksznupie (LT), maj 2012 (fot. Mamoń)

piątek, 10 sierpnia 2012
Maryja po czesku

Pilzno (CZ), maj 2009 (fot. Mamoń)

 
1 , 2