Archiwum
Tagi
środa, 07 lutego 2018
Wschodni design - część 319
Erywań (AM) czerwiec 2012 (fot. Mamoń)
wtorek, 06 lutego 2018
Ludzie Wschodu - część 286
Bratysława (SK) sierpień 2017 (fot. Mamoń)
poniedziałek, 05 lutego 2018
Wschodnie monumenty - część 157
Františkovy Lázně (CZ), maj 2009 (fot. Mamoń)
niedziela, 04 lutego 2018
Igort. Dzienniki rosyjskie

Po znakomitych „Dziennikach ukraińskich” Igort ponownie wyrusza na Wschód. W komiksowych „Dziennikach rosyjskich” autor przygląda się wojnie w Czeczenii.

„Dzienniki rosyjskie” ukazują się z dopiskiem „Zapomniana wojna na Kaukazie”. Mówić o niej głośno próbowała Anna Politkowska. Dziennikarka „Nowoj Gaziety”, która w październiku 2006 roku została zastrzelona w windzie swojego bloku przy ul. Leśnej 8 w Moskwie. Igort zaczyna swój komiks właśnie od wizyty pod tym adresem. Trzy lata po zabójstwie Politkowskiej symbolicznie jedzie tą samą windą… A chwilę później, wędrując w styczniowy dzień przez moskiewskie ulice, na Prieczystieńskiej dowiaduje się, że oto zginęli właśnie Stanisław Markietow oraz Anastazja Baburowa, którzy też nie unikali tematu Czeczenii. Markietow – jako adwokat – pomagał rodzinom uchodźców z Kaukazu. Baburowa – stażystka „Nowoj Gaziety” - nie ukrywała swoich antyfaszystowskich poglądów.

Mocne to otwarcie. Ale i mocny – znów - jest temat, którego dotyka Igort. W „Dziennikach ukraińskich” próbował zrozumieć hołodomor i dowiedzieć się jakie miejsce tragedia z lat 30. zajmuje w świadomości współczesnej Ukrainy. W „Dziennikach rosyjskich” próbuje dojść podłoża konfliktu czeczeńskiego, próbuje zrozumieć co sprawia, że Wielka Rosja nie pozwala samodzielnie decydować o swym losie kaukaskiej społeczności. Nie jest to łatwe, zważywszy że przekaz medialny jest prosty: Czeczeni to terroryści, a Rosjanie próbują przecież tylko zaprowadzić porządek w zbuntowanej republice. Przekaz prosty, ale przekłamany.

Igort zadaje sobie więcej trudu niż ci, którzy na co dzień „relacjonują” to, co dzieje się w Czeczenii. Dociera do osób, które wyrwały się z Kaukazu. Jednym z nich jest Musa. Z Groznego. Ma za sobą obóz filtracyjny Czernokozowo. W głowie wciąż pozostają tortury. Senne koszmary przywołują sceny pałowania… Satsita ze wsi Nowyje Atagi mówi o „zaczystkach” – obławach zamieszkujących czeczeńskie wioski – prowadzonych przez żądnych przemocy „żołnierzach” rosyjskich. Absurd wojny autor przedstawia też pokazując wciągniętych w ten konflikt Rosjan. Porucznik Bagrajew, który odmawia udziału w strzelaniu do bezbronnych mieszkańców wioski jest dla wojskowych nikim. Podobnie jak beznodzy bohaterowie jeżdżący dziś na wózkach inwalidzkich. Bohaterami są ci, którzy zabijali, uprowadzali, gwałcili, torturowali. Frustraci z przestawionym systemem wartości. Oto jedna z zarejestrowanych rozmów: „Dlaczego go zabiłeś? Nie wiem proszę pana. Dlaczego obciąłeś mu uszy? Nie wiem proszę pana. Dlaczego go oskalpowałeś? Bo przecież to był Czeczen…”

Właśnie tym zajmowała się Anna Politkowska. Dokumentowaniem nadużyć, okrucieństw, tortur i zabójstw. „Zdjęcie po zdjęciu, film po filmie, historia po historii.” Otwierała Rosjanom oczy. Władzy nie było to na rękę. Politkowska słyszy, że jest szpiegiem Basajewa, że jest pojebaną zdrajczynią… Dlatego musi umrzeć. Dlatego musi się stać ofiarą Putinowskiej Demokratury. Dlatego – po nieudanej próbie otrucia – zostaje zabita w windzie swojego bloku. Politkowską wspomina m.in. Galla Akkerman, tłumaczka jej tekstów na język francuski. To jedna z autentycznych postaci, które staja się bohaterami dzienników. Inni to m.in. Arkadij Babczenko, który był jako żołnierz w Czeczenii, a dziś pracuje w tej samej gazecie, gdzie prawdy próbowała dojść i Politkowska. Na kartach komiksu pojawiają się też Szamil Basajew, Aleksandr Litwinienko czy Akhmed Zakajew. No i oczywiście Putin, który Czeczenów nazywa terrorystami.

„Dzienniki rosyjskie” – podobnie jak i „Dzienniki ukraińskie” – poszatkowane są na krótkie rozdziały. Jest w nich np. rok 2002 i Dubrowka z wystawianym musicalem „Nord-Ost”. Jest tragiczny w skutkach atak na szkołę w Biesłanie z 1 września 2004 roku. Ataki terrorystyczne… Czy może rozpaczliwe próby zwrócenia uwagi świata na łamanie praw człowieka w Czeczenii? Na zamykanie ust narodowi, który chce tylko jednego – wolności? Prócz współczesności, kilka z rozdziałów Igort poświęca historii tej bardziej odległej. Cofa się aż o cztery wieki do czasów Al-Mansura, który zjednoczył w 1785 roku pod jedną flagą jednoczy Czeczenów, Tatarów i Czerkiesów. Cofa się też do czasów czystek z lat 30., kiedy to ludzie znikali na zawsze w syberyjskiej otchłani. Wreszcie wspomina Tołstoja i Dostojewskiego – tych, do których tak chętnie odwoływała się Anna Politkowska.

„Dzienniki rosyjskie” są przerażającą lekturą. Autor niczego nie ugrzecznia, niczego nie stara się uładnić. Czytelnikowi – i słusznie – Igort znów serwuje potężnego kopa w głowę. Inaczej jednak nie da się przedstawić tragedii Czeczenii i Czeczenów. I w sumie nie wiem tylko dlaczego Igort nie zdecydował się na zatytułowanie komiksu „Dziennikami czeczeńskimi”…
Tagi: Rosja
21:13, aklopot , Czytelnia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 lutego 2018
Kolory Wschodu - część 352

Drezno (D) czerwiec 2015 (fot. Mamoń)
czwartek, 01 lutego 2018
Igort. Dzienniki ukraińskie

„Dzienniki ukraińskie” Igorta pochłonąłem na raz. I choć nie jest to lektura łatwa, nie mogłem oderwać się od wspomnień Ukraińców. Od opowieści o historii najnowszej naszych wschodnich sąsiadów.

Ukrainę przemierzałem wielokrotnie. Włóczyłem się po zapomnianych wołyńskich i podolskich wioskach. Po Bukowinie, okolicach Kijowa. Oglądałem zniszczone kościoły, drewniane cerkiewki, zapomniane wioski, galicyjskie miasteczka… Ukraina wciągnęła mnie. Ze swoją skomplikowaną historią, z losami mieszkańców. Tym chętniej sięgnąłem po „Dzienniki ukraińskie” spisane i narysowane przez włoskiego twórcę Igorta. Początkowo trochę się bałem. Pomyślałem – cóż też Włoch może wiedzieć o Ukrainie? Na szczęście okazało się, że wie. A poza tym ma na nią znacznie świeższe spojrzenie, niż Polacy, którzy często patrzą na ten kraj wyłącznie z perspektywy utraconych kresów...

Dlatego śmiało można polecić lekturę tego komiksu tym wszystkim obrońcom kresowego mitu. Chociaż w sumie nie. Myślenia tych osób pewnie i tak już nic nie zmieni. Może więc inaczej… To lektura dla tych wszystkich osób, które chcą dowiedzieć się więcej o historii najnowszej Ukrainy i Ukraińców. Lektura obowiązkowa. Igor wjeżdża w głąb Ukrainy. Jedzie do Dniepropietrowska. Dziś to rozwijająca się metropolia. Ale w czasach radzieckich była to strefa zamknięta, do której nie sposób było się dostać. Właśnie w Dniepropietrowsku spotyka swoich bohaterów. Ludzi z ulicy. Przypadkowo spotkanych, zaczepionych w prozaicznych miejscach. Przy wejściu do supermarketu, na bazarze. To Serafima Andriejewna, Nikołaj Wasilewicz, Maria Iwanowna oraz Nikołaj Iwanowicz. Każdy z bagażem doświadczeń na karku. Każdy z przeżyciami, będącymi odbiciem losów Ukrainy. Przeżyciami tragicznymi. Podobnie jak i XX-wieczne dzieje ich kraju.

Serafima Andriejewna – rocznik 1928 - pochodzi z Łucka Żytomirskiego. Świetnie pamięta rok 1932 i Wielki Głód (ukr. Hołodomor). Czasy, gdy ludzie zadowalali się korzonkami, wywarami z gałęzi, złapaną żmiją czy kawałkiem wysuszonej końskiej skóry, która – żuta – miała oszukiwać głód. Świetnie pamięta czasy, gdy kanibalizm zaczynał być na porządku dziennym. Czasy, gdy zaplanowane przez Stalina czystki miały zmienić oblicze sowieckiej Ukrainy. Gdy z liczącej 5,6 mln osób grupy „kułaków” w roku 1928 po sześciu latach przy życiu pozostaje raptem 149 tys. osób…

Podobnymi wspomnieniami dzieli się Nikołaj Wisiljewicz. Lata 20. i 30. w Mahdałyniwce pod Dniepropietrowskiem nie wyglądały inaczej niż we wspomnieniach Serafimy. Podobnie jest też i po wojnie. Kopanie rowów, budowanie kolei, nieudane małżeństwa, ucieczka… Życie Nikołaja trudno określić inaczej niż pasmem niepowodzeń składających się na historię upadku człowieka dziś pozbywającego się niepotrzebnych już rzeczy na jednym z bazarów. Z Mahdaniływki pochodzi również Maria Iwanowna. Za kilka kopiejek waży przechodniów pod centrum handlowym „MostCity”. W głowie dalej jednak ma Wielki Głód. Lata, gdy mleko, owsianka z kukurydzy i kawałek chleba był prawdziwym luksusem.

Z ich opowieściami kontrastuje historia ostatniego z bohaterów – Nikołaja Iwanowicza. Wychowany na stepie zastanawia się jak to możliwe, że kraj, który ma za sobą Wielki Głód, przez lata uważany był za „spichlerz Europy”, dziś porzuca własną ziemię. Staje się obliczem nędzy. Staje się państwem, gdzie homo sovieticus są zagubionymi istotami bez planów na przyszłość. Dowodem na to historia otwierająca „Dzienniki ukraińskie”. Historia z lata 2008, gdy Igort rozmawia z dwoma Ukraińcami, którzy „wyszli” z ZSRR z różnym patrzeniem na świat. Andrijem – dawnym majorem z legitymacja partyjną oraz Miszą, radzieckim lotnikiem, który odwiedził Stany Zjednoczone. To na nich budowana jest opowieść o współczesności – ginących prokuratorach, Julii Tymoszenko, oligarchach, luksusowym centrum Dniepropietrowska oraz budowanych w czasach radzieckich osiedlach-sypialniach, na które kursują niewielkie busiki – marszrutki. To od nich zaczyna się historia Ukrainy – czy szerzej Związku Radzieckiego - w XX wieku pokazywana równolegle obok opowieści zwykłych ludzi. Historia zaczynająca się od Lenina, przez dochodzącego do władzy Stalina, deportacje kułaków, rządy Breżniewa, Andropowa, wreszcie wybuch w Czarnobylu (pokazany jest nie wprost, ale historią tajemniczej chorobie – powodowanej radiacją). Historia wiosek, miasteczek, wiecznie smutnych ludzi, którym w życiu nic się nie układa. Historia, do przedstawienia której świetnie pasuje igortowa wersja „Guerniki” na modłę ukraińską.

Igort włożył w „Dzienniki…” masę serca. Spotykał się z ludźmi, poznawał historię. Następnie przelał ją na papier. Na komiksowe plansze. Brudne, współgrające z ciężarem historii. Plansze, z których wyłania się tragiczny obraz Ukrainy i Ukraińców. Państwa i narodu, o którym wciąż tak mało wiemy. Wydany przez Timofa i jego cichych wspólników album otwiera cykl tego autora poświęcony krajom dawnego Związku Radzieckiego. Drugą jego częścią są „Dzienniki rosyjskie”. Ale o nich - następnym razem.
środa, 31 stycznia 2018
Kolory Wschodu - część 351


Sarajewo (BiH) lipiec 2015 (fot. Mamoń)
niedziela, 28 stycznia 2018
Wschodni design - część 318

Mińsk (BY) lipiec 2017 (fot. Mamoń)
piątek, 26 stycznia 2018
Artur Klinau. Człowiek z Miasta Słońca

Mińsk (BY) lipiec 2017 (fot. Mamoń)

"O idealnym mieście, zaprojektowanym jako makieta dla szczęśliwego, komunistycznego społeczeństwa Artur Klinau wie wszystko. Mieszkając w Mińsku na Białorusi ma je na wyciągniecie dłoni. Wystarczy, że wyjdzie na główną ulicę miasta. Miasta, o którym w fascynujący sposób opowiadał w trakcie wizyty w Białymstoku.

Mińsk. Drugiego takiego miasta na próżno szukać. Z jednej strony przyjezdnego może przytłaczać. Nie ma tu starówki, wąskich zaułków, kamienic. Tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w trakcie zwiedzania. Całe centrum Mińska zabudowano w stylu... socrealizmu. Ale właśnie z tego powodu Mińsk innych (w tym piszącego te słowa) fascynuje. Od lat zafascynowany jest nim Artur Klinau. Artysta, pisarz, fotograf."

środa, 24 stycznia 2018
Lenin - część 67
Bobrujsk (BY) lipiec 2017 (fot. Mamoń)