Archiwum
Tagi
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Czytelnia - część 18: Podróż bez przepisu na Bliższy Wschód
Kiedy dwanaście lat temu pierwszy raz przejeżdżałem pociągiem relacji "Kuźnica-Grodno" przez Niemen, nie sądziłem jeszcze, że właśnie zaczyna się moja wielka przygoda z "Bliższym Wschodem".
Pod Iwacewiczami (BY), czerwiec 2011 (fot. Mamoń)
Wymyśliłem sobie ten "Bliższy Wschód" jako określenie na tereny Litwy, Białorusi, Ukrainy, Estonii, Łotwy czy europejskiej części Rosji. No bo skoro mamy Bliski Wschód, ten Wschód właściwy (gdziekolwiek jest) i Daleki Wschód, jak określić tę część świata? Z czasem mój "Bliższy Wschód" rozrósł się na Bałkany, a ostatnio na Kaukaz. Ale "Bliższy Wschód" to też tereny, które leżą kilkadziesiąt kilometrów - no dobra, czasami trochę ponad setkę - za rogatkami Białegostoku. To pasek wzdłuż granicy z Litwą i dalej z Białorusią. Oczywiście już za biało-czerwonymi słupkami z orzełkiem w koronie.

Dwanaście lat temu dostałem się tam klasycznym "przemytniczkiem", w którym wszyscy znają się jak łyse konie. Pasażerowie, maszynista, nawet pogranicznicy. Ci pierwsi chowają, drudzy de facto przemycają, trzeci przymykają oko. I biznes się kręci. Później jeździłem nim jeszcze wielokrotnie (wiadomo, że do Moskwy, Kijowa czy Sankt Petersburga najtaniej można dojechać z Grodna albo Brześcia). W składach relacji "Kuźnica-Grodno" oraz "Grodno-Kuźnica" wielokrotnie obserwowałem, jak pomysłowi "turyści" chowają kawałki polskich kurczaków pod fałdy płaszcza. Jak dzielą się kupionym u nas tańszym i lepszym żarciem, by nikt przypadkiem nie przekroczył dopuszczalnych kilogramów, jakie może wwieźć na Białoruś. Pomysłowość w drugą stronę jest jeszcze większa. Wódka w plastikowych woreczkach, którymi Białorusinki "powiększają" sobie piersi. Fajki doklejane pod dresy... Można reklamować: "Momentalne budowanie muskulatury. Szybsze niż w najlepszej siłowni!" Za każdym razem osoby z wypchanymi po brzegi stelażami w takim zestawieniu wyglądają kuriozalnie. Za każdym razem jednak są pomocne. Też coś przemycą, też pomogą przerzucić na drugą stronę - tę już unioeuropejską - fajki i flaszkę wódki. Nie kryję, za każdym razem też przykładam do tego procederu i swoją rękę. Raz nawet miałem okazję stać się "właścicielem" (fakt, że tylko na czas przejazdu przez granicę) dojarki! Jakoś jednak nie przekonywały mnie argumenty, że mogę być przecież studentem rolnictwa, a dojarka jest mi potrzebna na zajęcia. Dlaczego o tym piszę? Bo "przemytniczek" to bardzo ważny element "Bliższego Wschodu". Coś, co trzeba zobaczyć, by poznać ten kawałek Europy. Poznać, zanim na dobre się w niego wsiąknie...

Białoruś: Gdzie Lenin mówi dobranoc
Mińsk (BY), lipiec 2011 (fot. Mamoń)

Zacząłem od "przemytniczka" do Grodna. I od Grodna najlepiej zacząć poznawanie kraju naszych sąsiadów. Położone nad Niemnem miasto ze swoimi kamienicami, kościołami, zamkami, cerkiewką na Kołoży czy drewnianą dzielnicą Nowy Świat należy do najciekawszych miast na całej Białorusi. "Przemytniczkiem" można wbić się też z Terespola do Brześcia. Tutejsza twierdza robi na każdym wrażenie - niezależnie od tego, czy bardziej zwrócimy uwagę na carskie zabudowania, czy też na monumentalne pomniki, które pojawiły się tu już w latach 70. Ja jednak nie ukrywam, że bardziej niż miasta, wolę prowincję. Lubię odwiedzać zapomniane cmentarze. Oglądać stare, misternie zdobione żelazne krzyże. Albo proste kamienne nagrobki, z których wciąż można odczytać nazwiska. Lubię chodzić po dawnych założeniach dworskich, po wojnie przejętych przez lokalne kołchozy, a dziś opuszczonych. Tak jest w Brzostowicy Murowanej, gdzie stoi do dziś dwór Sołtanów. Tak jest też w Wysokiem, które należało do Potockich. Tak jest też w oddalonej nieco od granicy Różanie, nad którą góruje ruina pałacu Sapiehów. Wzdłuż paska granicznego są też takie miejsca jak Wołczyn, gdzie pochowany był Stanisław August Poniatowski. To akurat miejsce o tyle szczególne, że właśnie podnosi się z upadku. Kościół św. Trójcy, który przez dekady był ruiną bez dachu, właśnie przeżywa swoistą metamorfozę. Jest też tu Indura, gdzie praktycznie obok siebie stoją do dziś świątynie trzech wyznań - synagoga, cerkiew i kościół katolicki. Jest leżący na skraju Puszczy Białowieskiej Kamieniec Litewski ze swoją Białą Wieżą. Są należące do Niemcewiczów Skoki... W końcu jest tu swoisty Disneyland - siedziba Dziadka Mroza, czyli białoruski odpowiednik domku Świętego Mikołaja z fińskiego Rovaniemi. Są stare, drewniane domy. Wprawdzie przy granicy z Polską nie są to zabudowania tak pięknie zdobione jak bliżej Pińska na Polesiu, ale nie da się im odmówić uroku. Są dostawiane w czasach radzieckich straszące bloki z wielkiej płyty. Jest więc i historia, i tandeta. Wrzucone do jednego wora często tworzą iście wybuchową mieszankę.

Podczas podróży po Białorusi kolekcjonuję Leniny. Jego pomnik stoi właściwie w każdym miasteczku. W Grodnie Wołodzia ma dla siebie cały plac. Maszeruje na wysokim cokole, w swojej charakterystycznej czapce. Płaszcz mu lekko zawiewa, przytrzymuje więc go prawą ręką. Chyba akurat była jesień, gdy powstawał w głowie twórcy. W Brześciu stoi przy swojej ulicy, na skraju swojego placu. Trafiło mu się miejsce niemal dokładnie kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego. Stoi. Już w marynarce. W lewej ręce trzyma czapkę. Prawą pokazuje coś w oddali. Nie wiadomo komu, nie wiadomo co... Chociaż, jeśli dobrze się ustawimy, okaże się, że Wołodzia pokazuje właśnie kościół! Lenin z Wołkowyska jakoś nie zapadł mi w pamięć. Nie pamiętam też, by stał w Wysokiem czy Różanie... Może ich tam nie ma, a może po prostu nie wyróżniają się niczym? Na Białorusi zapamiętałem natomiast miasteczko Świsłocz - położone właściwie zaraz za przejściem granicznym w Bobrownikach. Nijakie, ale z ustawionym w centrum srebrzystym Leninem, za którym znalazło się nawet i miejsce dla... Stalina. Najciekawszego Lenina udało mi się ustrzelić w Symferopolu na Krymie. Tam wódz siedzi sobie wygodnie w fotelu. Ale czy można się mu dziwić? Wszak na Krym przyjeżdża się, by odpocząć. Podobnego można znaleźć na Litwie w Grutas Parku pod Druskiennikami. Przyjechał tu z Pałangi czy Kłajpedy. Też z kurortu. Może był to więc model przeznaczony w miejsca, gdzie obywatele sojuzu dostawali przydział na wczasy? W Grutas Parku świetnie widać różnicę między Białorusią a Litwą. W pierwszym kraju Lenin dostaje nowe cokoły, a place, na których stoi, są oczkiem w głowie władz. Na Litwie stał się elementem popkultury.

Litwa: Kraina drewnianych krzyży

Punie (LT), maj 2010 (fot. Mamoń)


Litwa... To już inna bajka. Ilekroć przecinam Litwę, utwierdzam się w przekonaniu, że wzdłuż dróg wcale nie muszą stać setki pstrokatych billboardów czy reklam majstrowanych przez domorosłych biznesmenów. Za każdym razem podziwiam też to, że na prowincji nikt się nie grodzi, nikt nie stawia wokół swoich domów wysokich ceglanych parkanów, za którymi za wszelką cenę chce ukryć swój świat. Fakt, że tuż za przejściami w Budzisku i Ogrodnikach natrafimy na klasyczny przygraniczny rozpierdziel, ale wystarczy przejechać kilka kilometrów z głównej drogi i już jest zgoła inaczej. Pamiętam, jak pierwszy raz pojechaliśmy zobaczyć, jak też wygląda kawałek Litwy, ciągnący się na wysokości Berżników i Sejn. Z Lazdijai - zakupiwszy w sklepie butelkę pysznego kwasu - ruszyliśmy do miasteczka Veisiejai. Razem z nami jechało kilka innych samochodów na białostockich rejestracjach. Ale nikt się tu nie zatrzymał. Wszyscy popruli dalej do Druskiennik - mogę się domyślać, że do aquaparku - minąwszy uroczą miejscowość. Nikomu nie przyszło do głowy, by przystanąć choćby po to, by zajść nad Jezioro Ancia (czyli Hańcza!), by znaleźć pomnik Ludwika Zamenhofa albo miejsce po domu, gdzie mieszkał w latach 80. XIX wieku. Nikt też nie odbił z głównej drogi, za drogowskazem prowadzącym do majątku Justianów i dalej do Kapciamiestis, znanego u nas pod nazwą Kopciowo. A to tu można znaleźć grób Emilii Plater oraz jej nieco kiczowaty, acz uroczy, pomnik. Jadąc z Lazdijai w drugą stronę dojedziemy do grodziska w Rudaminie, dalej do majątku Ostrów-Kirsna, do Kalwarii. Po przecięciu trasy z Budziska na Kowno trafimy np. do Winksznupi z cmentarzem tatarskim ukrytym w niewielkim lasku pomiędzy polami miejscowych rolników. Położenie nie dziwi, że trzeba tam dojść polną miedzą. Jeszcze dalej leży Wisztyniec. Miasto graniczne w dosłownym tego słowa znaczeniu. Kończy się... blaszanym płotem, który oznacza, że dalej jest już obwód kaliningradzki. Granicę Unii Europejskiej wytyczają też żółte bojki puszczone po wodach Jeziora Wisztynieckiego. Wrócić możemy stąd przecinając polsko-litewską granicę w dowolnym miejscu. Mamy przecież strefę Schengen. Szkoda tylko, że na podobnych zasadach nie możemy wejść do rosyjskiej enklawy nad Bałtykiem. Może kiedyś... Dziś musimy się zadowolić fotką ze słupkiem na polsko-litewsko-rosyjskim trójstyku granic.

Tak, jak na Białorusi, zbieram Leniny, tak z Litwy "przywożę" cuda rzeźbione w drewnie. Pierwsza grupa cudów to drewniane krzyże. Pierwsze stoją już we wspomnianym Veisiejai. Kolejne są właściwie przy każdym kościele czy na górkach w centrum wioseczek. To wysokie na kilka metrów perełki. I chyba nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że nie ma na Litwie dwóch takich samych krzyży. Jest z nimi jak z płatkami śniegu. Niby takie same, niby podobne. Ale gdy się im przyjrzymy, to okaże się, że różnią się jakimś detalem. Kto chce zobaczyć ich całe mnóstwo, musi odbić w głąb Litwy, w okolice Szawli, na Górę Krzyży, gdzie stoją ich tysiące - od miniaturowych, kilkunastocentymetrowych, do kilkumetrowych gigantów - tworząc prawdziwy labirynt. Niekiedy pojawiają się porównania, że na nich wzorowana jest Góra Krzyży przy Świętej Wodzie. Moim zdaniem to jednak porównanie na wyrost. Znacznie na wyrost. Nie tylko z racji na ilość... Drugi z litewskich drewnianych cudów to uliczne rzeźby. Nazwać je mogę umilaczami przestrzeni. Zabawne postaci wzorowane na pogańskich wierzeniach i litewskich baśniach. Też są wszędzie.

Prócz tysięcy zdjęć z każdej wyprawy na "Bliższy Wschód" przywożę też torbę smakołyków. Z Białorusi zawsze wracam z kilkoma butelkami kwasu "Lidzkiego", czarnym chlebem i wędzonymi filetami śledziowymi (przez pewien czas podobne można było kupić w polskich sklepach, nie wiedzieć czemu wycofano je ze sprzedaży). Do szmacianki dorzucam też piwo "Krynica" czy "Aliwaria". Czasem butelkę "Balsamu Białoruskiego" - rozgrzewającej nalewki ziołowej, która przydaje się do herbaty w zimowe dni. Kwas czy piwo zawsze przyjeżdża też i z Litwy. Dorzucam do nich ser "Zanavyku" (cokolwiek to oznacza), ciastka "Selga". Na drogę biorę też przepyszny serek waniliowy - oblany czekoladą niczym batonik... Taki żelazny zestaw.

Pewnie dziwią się Państwo, że nie podaję tu przepisu, jak jechać na "Bliższy Wschód". Specjalnie. Nie da się go podać na tacy, nie da się go zwiedzać z biurami podróży. Najlepiej go poczuć. Na własny użytek, według własnych upodobań. Inaczej jeżdżenie tu nie ma sensu.

Tekst ukazał się w "Gazecie" z 24 sierpnia 2012

piątek, 29 lipca 2011
Czytelnia - część 17: Włóczęga na Wschód

Sposób na wolny czas? Wystarczy spakować plecak, zabrać pod pachę porządny przewodnik i można ruszać. Najlepiej na wschód. No, ewentualnie na południowy wschód. To dwa kierunki, które wybieram, planując wypady.

Gdzieś na Polesiu (BY), czerwiec 2011 (fot. Mamoń)

Trzymam się z dala od ofert wypoczynku w kilkugwiazdkowych hotelach z basenami oraz z wyżerką serwowaną na szwedzkich stołach. Dlatego nie sposób spotkać mnie na tunezyjskich, egipskich czy hiszpańskich plażach. Chociaż - nie powiem - same te kraje chętnie bym zobaczył.

Planując wypady, wybieram inne miejsca, inny komfort i inne klimaty. Wybieram Wschód. Szeroko rozumiany, gdyż pod tym hasłem kryje się cały kawałek środkowo-wschodniej Europy. Dlaczego? Powodów jest kilka. Bo jest mniej znany, mniej skomercjalizowany, czasami zupełnie niedostosowany pod turystę. Ba. Czasami nawet nie jest dostosowany pod miejscowych! Jeden autobus na dzień dojeżdżający do danej miejscowości ciągle bywa w niektórych przypadkach normą. Ale w tym właśnie tkwi cały urok. Podczas zwiedzania nie lubię mieć podanego wszystkiego na tacy. Nie wyobrażam sobie prowadzenia "za rękę", za wystawioną wysoko nad głowy "szanownej wycieczki" parasolką. Oglądania wybranych rzeczy. Tych, które akurat ma ochotę pokazać firma serwująca objazdową wycieczkę typu "Pięć stolic świata w trzy dni" czy "Kenia i Nadrenia - 14 dni fantastycznej przygody". O nie. To stanowczo nie dla mnie.
Cóż jest fascynującego we Wschodzie? Wiele. Przede wszystkim można spotkać niezwykłych ludzi, którzy na widok turysty najpierw będą zaskoczeni, a później zrobią wszystko, by z - osady, wioski, mieściny, miasteczka - wyjechał z najlepszymi wrażeniami. Tak właśnie było na Ukrainie, na Podolu. Tak jest na białoruskim Polesiu. Estońskich wyspach. Na łotewskiej prowincji czy gdzieś na Litwie, nad Niemnem. Miejscowi zawsze pokażą drogę do zrujnowanej pamiątki sprzed wieków. Opuszczonego pałacu, dawnego majątku, kościoła czy cerkwi. Z ciekawością przejrzą nasze przewodniki, składając literka po literce poszczególne polskie słowa. Podobnie jest w Rumunii, gdzie w każdej z siedmiogrodzkich mieścin stoi obronna świątynia ewangelicka. Świątynia, w której dziś brakuje już licznych młodych potomków niemieckich osadników. W latach 90. - korzystając ze swoich korzenni - najzwyczajniej w świecie powyjeżdżali nad Szprewę i Łabę. Zostali starsi, łamanym niemieckim opowiadający o sakralnych skarbach tych ziem.

Na Wschodzie zawsze można liczyć na miejscowych. Podpowiedzą skrót na przełaj, przez pola. Zabiorą na stopa, którym może być nawet... furmanka wypełniona po brzegi chrzanem! Takim ustrojstwem jeździłem kiedyś w okolicach Szczuczyna na Białorusi. Może to być też ekskluzywny mercedes ze skórzanymi siedzeniami przemierzający obwód Kaliningradzki. W Rumunii z kolei "okazją" może być zapakowana już czterema osobami (i ich tobołkami) stara, pordzewiała dacia. Miejscowi twierdzą, że jeszcze dwie osoby zmieszczą się w niej bez problemu! Mają rację... Zmieszczą się. Z podobnego założenia wychodzę i ja, jeżdżąc dziś po Wschodzie "niebieską strzałą" - wysłużoną skodą, która widziała już kawałek naszej części świata. Na tylnym siedzeniu zawsze znajdzie się miejsce dla dziadka, któremu uciekł autobus, dla kobiety, która wybrała się na spacer po okolicy i odeszła zbyt daleko od wioski, by teraz wracać do niej na piechotę. Czy też dla kogoś, kto chce podjechać kawałek, do najbliższego przystanku lokalnego odpowiednika naszego PKS-u.

Wschód potrafi zauroczyć. Odkrywam go - powoli, nie spiesząc się i nie skacząc z miejsca na miejsce, ale zjeżdżając dokładnie poszczególne regiony, kraje - od dobrych już dziesięciu lat. Nie każdy to zrozumie. No bo co można robić przez dwa tygodnie na Wołyniu? Albo w Czechach nie zajeżdżając w tym czasie do Pragi? Przez tydzień na białoruskim Polesiu czy na estońskich wyspach? Co można robić pod Moskwą w tzw. Złotym Pierścieniu Rosji? Ano można. Można tę - mniejszą czy większą - prowincję chłonąć. Siadając gdzieś na drewnianej ławie pod cerkwią czy kościołem. Podpatrując miejscowych. Patrząc jakim rytmem toczy się ich życie. Spoglądając na stojące od wieków zabytki. Czasem pięknie odnowione, czasem będące równie piękną ruiną.

Nie napiszę dziś, że zachęcam Państwa do odkrywania Wschodu. Nie. Nic na siłę. Proszę się nie zmuszać. Wschód nie jest dla każdego. Ale to dobrze. Dzięki temu pozostanie jeszcze dłużej swoistym terra incognita. Obszarem zamkniętym przed ekskluzywnymi hotelami i wycieczkami podążającymi za parasolem. Obszarem TYLKO dla tych, którzy go czują.
Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej z 23 lipca 2011
niedziela, 10 kwietnia 2011
Czytelnia - część 16: Pomarańczowy Kijów pod flagą czerwono-niebieską

Kijów przeżywał kilka rewolucji. Nam udało się kiedyś trafi na niebieską, organizowaną przez „regionowców” w czasach, gdy rządził pomarańczowy prezydent Juszczenko. I było to w kwietniu własnie... Około 10.

Na ulicach Kijowa znów pojawiły się barwne flagi. Tym razem w kolorach przeciwników "pomarańczowego” Wiktora Juszczenki.

Juszczenko zniszczy Ukrainę. Sprzeda ją Zachodowi. Nie możemy do tego dopuścić - tłumaczy mi jedna z kobiet na Majdanie Niezależności.

Na oko ma pięćdziesiąt, może pięćdziesiąt parę lat. Na szyi przewiązany niebieski szalik. Znak rozpoznawczy zwolenników Janukowycza. Podobnie jak setki innych osób, przyjechała do Kijowa specjalnie podstawionymi, wynajętymi przez Partię Regionów autobusami. Każdy z nich ma za szybą niewielką tabliczkę z nazwą miejscowości. Winnica, Charków, Dnietropietrowsk, Donieck, Zaporoże... Miejscowości, którym ciągle bliżej do Rosji niż do Europy.

Sojuz, ale inny Sojuz

Ale to nie Majdan, ale miejski park przy ukraińskim parlamencie - Werchownej Radzie - oddalony o kilkaset metrów od głównego placu miasta jest centrum "niebieskich” i "czerwonych”, czyli komunistów. Na parkowych trawnikach powstało tu prawdziwe miasteczko namiotowe. Niczego w nim nie brakuje. Kuchnia polowa, przenośne toalety, nawet... namiotowa cerkiew. Wszak większość Ukraińców szykowała się właśnie do świąt wielkanocnych. Wielu przyjezdnym przyszło je spędzić właśnie w Kijowie. Przed gmachem jest jeszcze scena, na której co pewien czas pojawiają się politycy partii tworzących koalicję rządową oraz telebim, na którym relacjonowane są na żywo obrady Rady.

Po alejkach kręcą się wyraźnie znudzeni przybysze ze wschodu. Bezrobotni, górnicy, robotnicy z upadających fabryk. Ci, którzy nie potrafią się odnaleźć w nowej rzeczywistości.

- A ty za Regionami? - zagaduje mnie na widok aparatu fotograficznego Wołodymir.

- Wiesz, ja jestem z Polski - odpowiadam mu.

- O, to dobrze. Znaczy się Słowianin. A my, Słowianie, musimy trzymać się razem.

- My teraz to już w Unii, Juszczenko też chce do niej włączyć Ukrainę - zagaduję go zaczepnie. Szybko okazuje się, że Wołodymir ma swoją wizję świata.

- Ukraina nie będzie w Unii. Nam bliżej do Rosji - odpowiada zaciągając się papierosem - Zresztą czy nam było źle? To znaczy nie w Sowieckim Sojuzie, bo Sojuz nie był dobry. Był na siłę. A każdy naród ma prawo do własnego państwa. Ale jak już odzyskaliśmy niepodległość, bo każdy naród powinien mieć prawo do odrębnego państwa, to ciągle byliśmy blisko Rosji. I był tani gaz. Czy nam było wtedy źle? A teraz? Ceny idą do góry. Nic dobrego z tego nie wyjdzie.

- To znaczy, że ma powstać drugi Sojuz?

- Nie, ale musimy żyć w zgodzie z Rosją - ucina w końcu. Gasi papierosa i wraca do swoich. Na namiotach mają hasło: "Ekstremizm nie. Pokój tak”. Obok tabliczka - "Obwód chmielnicki”. Kawałek dalej kilku młodzieńców w niebieskich kamizelkach z nadrukiem "Partia Regionów” rozstawia właśnie kolejną wojskową pałatkę. Inni zajmują się wyładowywaniem z tira zgrzewek wody mineralnej. Grupka mężczyzn w czarnych skórach sączy powoli z puszki "Obołona”, popularny złocisty napój niskoprocentowy.

Strach

- Ukraina musi być jednością. Nie może być podziału na wschód i zachód. Nie może być kłótni między politykami. Bo inaczej nas rozdzielą. I wschód zagarnie Rosja, a zachód Polska. Sama słyszałam, że Polacy chcą zabrać nam Lwów - przekonuje mnie Wiera.

Brzmi to jak mrzonka, ale kobieta wyraźnie wierzy w to, co mówi.

- Dlatego przyjechałam do Kijowa. Żeby Juszczenko wiedział, że chcemy jednej Ukrainy. Jednej i silnej. W której będzie miejsce i dla "oranżnych”, i dla nas.

Po chwili prosi, żeby zrobić jej zdjęcie. Dosiada się do innych "niebieskich” koleżanek. Te początkowo protestują, ale w końcu dają się namówić. - No dobrze, toż to historyczna chwila - z ich ust błyskają złote zęby.

Po drugiej stronie ulicy członkowie Związku Młodzieży Regionów Ukrainy na kilkumetrowe wędki zakładają flagi swej organizacji. Pilnuje ich kilku milicjantów. Ani na nich, ani na przejeżdżających tuż obok kierowcach nie robią żadnego wrażenia. Nikt - jak to miało miejsce podczas “pomarańczowej rewolucji” nie macha do nich przyjaźnie. Nikt nie trąbi. Kijowianie zdają się zupełnie nie dostrzegać gości...

Czerwony Majdan

Na początku Wielkiego Tygodnia część zwolenników koalicji rządowej przenosi się w końcu na Majdan. Z góry plac wygląda jak niebiesko-czerwony dywan. Tu przeważają komuniści. Z Czernihowa, Czerkasów, Winnicy. W Wielką Sobotę organizują nawet swój pochód przez Chreszczatyk - jedną z głównych ulic w Kijowie, zabudowaną w duchu lat pięćdziesiątych. Czuję się, jakbym przeniósł się w czasie. W pewnym momencie do maszerujących "pod znakami Lenina” podbiega kobieta z ikoną.

- Ludzie, opanujcie się! Czyście powariowali? Gdzie wasza wiara! Bójcie się Boga!

Komuniści nawet nie reagują. Wzbudzają za to zainteresowanie mieszkańców i nielicznych turystów, którzy robią sobie pamiątkowe zdjęcia z czerwoną kolumną w tle. Zwolennicy Janukowycza w tym samym czasie na telebimie stojącym w sercu Majdanu oglądają orędzie jednego ze zwierzchników ukraińskiej Cerkwi prawosławnej.

Majdan, w porównaniu z parkiem miejskim, ma jedna zaletę. Pod placem kilka lat temu powstało nowoczesne centrum handlowe. Niebieskich przyciąga jak magnes. Nie z powodu ekskluzywnych sklepów z ciuchami i sprzętem elektronicznym, ale dlatego, że można się w nim ogrzać.

Między Majdanem a parkiem niemal przez cały dzień przemieszczają się grupki pikietujących. Chodzą na pogaduszki, zobaczyć co się dzieje u znajomych z tych samych zakładów pracy, u sąsiadów. Po kilku dniach siedzenia w namiotach, przed samą Wielkanocą, część z nich pakuje graty i wraca do domu. Dla nich rewolucja się kończy. Ale większość nie myśli nawet o rezygnacji z koczowania w centrum stolicy. - Jak długo tu będziemy? Aż Juszczenko ustąpi. Aż uzna, że Janukowycz ma prawo, by dalej być premierem. Przecież parlament wybraliśmy w wolnych wyborach. Nie ma więc prawa tak po prostu go rozwiązać. Łatwo się nie poddamy.

Tekst ukazał się w Kurierze Porannym 13 kwietnia 2007

sobota, 17 stycznia 2009
Czytelnia - część 15: Wasiliszki pamiętaja o Niemenie (rok 2008)

Dziwne to miejsce - można by rzecz dziś o Starych Wasiliszkach. Białoruskiej wiosce, w której w lutym 1939 roku urodził się Czesław Wydrzycki. Niemen.

Dziś, w czwartą rocznicę śmierci artysty, o jego obecności świadczy opuszczona chata, w której spędził dzieciństwo, tablica pamiątkowa w kościele i przede wszystkim sąsiedzi, ciepło wspominający Wydrzyckich.
Po wyjeździe do Polski Niemen niezbyt często przyjeżdżał do Starych Wasiliszek. Był tu może kilka razy przy okazji koncertowania w Grodnie czy Mińsku. Białoruski etap życia Niemena też nie jest najlepiej opisany. Wiadomo tyle: Wydrzyccy mieszkali w Starych Wasiliszkach do 1958 r. Później, jako repatrianci, przenieśli się do Polski. Mały Czesław Juliusz chodził do "dziesięciolatki" w sąsiednich Wasiliszkach. Śpiewał też w kościelnym chórze, a w 1954 r. zaczął uczyć się w szkole muzycznej w Grodnie. Ponoć uwielbiał przesiadywać nad Niemnem. Stąd też jego późniejszy pseudonim artystyczny. Niewiele więcej można znaleźć dziś w samych Wasiliszkach.

1. Stare Wasiliszki
Może pięćdziesiąt drewnianych chat. Na jednym końcu wioski kościół.

Po drugiej stronie drogi zabudowania kołchozowe. Za ostatnimi domami aż do horyzontu ciągną się kołchozowe pola. Młodych tu nie uświadczysz. Powyjeżdżali. Do Grodna, do Lidy. Po lepszą pracę. W Starych Wasiliszkach zostali rówieśnicy albo nieco starsi kumple Niemena. Wjeżdżając do wioski od strony Szczuczyna, nie sposób przeoczyć stojącej po lewej potężnej, neogotyckiej świątyni pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Przed nią zaparkowanych kilka samochodów z poprzedniej epoki - moskwicz, łada i dwie wołgi. W świątyni kilka modlących się babć. I pierwszy ze śladów po Niemenie. Na jednym z filarów zawieszona w rocznicę śmierci artysty tablica po polsku: "Czesław Niemen Wydrzycki / ur. 16.02.1939 w St. Wasiliszkach / zm. 17.01.2004 r. w Warszawie / Wielki artysta, znakomity piosenkarz, wokalista pokoleń, instrumentalista, kompozytor, któremu Pan Bóg dał niezwykły muzyczny talent / Rodacy / Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej / 17 stycznia 2005" nad napisem cytat z najsłynniejszej chyba pieśni Czesława - "Nadszedł już czas, najwyższy czas, nienawiść zniszczyć w sobie". I portret artysty. Oczywiście w nieodłącznym, czarnym kapeluszu. Jak można wynaleźć w publikacjach poświęconych artyście, to tu niespełna dziesięcioletni Czesław Juliusz śpiewał w kościelnym chórze.

2. Chata

Zapytasz w Wasiliszkach kogokolwiek o Wydrzyckich, zaraz wskaże właściwy dom. To jedyna atrakcja w wiosce, do której raz na jakiś czas zaplącze się ktoś z Polski. Chata Wydrzyckich za odnowionym ostatnio płotem. Nie wygląda najlepiej. Choć z numerem siódmym, to ta siódemka nie przyniosła szczęścia.

Zaraz z chaty naprzeciwko wychodzi sąsiad Wydrzyckich. Wita się mieszanką polskiego i białoruskiego. Rozwiewa wszelkie wątpliwości.
- Tak. Nioman tut żył.
- Pamięta go pan?
- Pamiętam. Toż to sąsiedy byli. Jak mieszkali tu, jak wyjeżdżali w 58 roku do Polski. Bo jak się Nioman rodził w lutym, w 1939, to jeszcze była przecież Polska. A później we wrześniu weszła już sowiecka armia. A teraz Białoruś - tłumaczy.
Chata Wydrzyckich nie wyróżnia się spośród innych we wsi. Parterowa. Z poddaszem. Postawiona z bala koło 1920 roku. Od ulicy wejście i cztery okna.

W szczytach po dwa. Wszystkie od środka zakratowane. Nad pokrytym już po wojnie eternitem dachem kruszejący komin. Na drzwiach solidna kłódka. I kilka ogłoszeń. Bo drzwi są traktowane jako tablica o- głoszeń - wszak przy domu Wydrzyckich zatrzymują się dziś białoruskie PKS-y.
- Tu sklep był. Ale kilka lat temu zamknęli. I od tego czasu dom stoi pusty. Tylko od czasu do czasu koszą ziele na podwórku. I płot zrobili.

3. Muzeum
Miejscowym marzy się muzeum. Takie z prawdziwego zdarzenia. Wierzą, że przyciągałoby turystów z Polski. Tak, jak dziś jeżdżą po Grodzieńszczyźnie szlakami Mickiewicza czy Elizy Orzeszkowej, mogliby wybrać również ścieżkę po śladach Czesława Niemena.
- Skoro stoi dom, to aż się prosi, żeby go odnowić. Żeby urządzić izbę, pozbierać pamiątki, powiesić tablicę, że właśnie tu urodził się Niemen - przekonuje pani Teresa, działaczka polska ze Starych Wasiliszek. - Żeby rodacy z Polski, którzy już przyjadą do Wasiliszek, widzieli, że my tu pamiętamy o Niemenie. Że nie zapomnieliśmy, że on stąd.
Nie jest to jednak możliwe. Dom - jak twierdzi Michał Aleksiejczyk, konsul Białorusi w Białymstoku - ma prywatnego właściciela. Co prawda sam konsul też chętnie widziałby w nim muzeum. Takie jak Adama Mickiewicza w Zaosiu czy Nowogródku, Tadeusza Kościuszki w Mereczowszczyźnie koło Kosowa albo choćby białoruskiego wieszcza Janki Kupały w Wiazynce pod Mińskiem.

Dziś turystom musi wystarczyć fotka wianka z wypłowiałych sztucznych kwiatów. Przewiązanego wstążką z napisem "Wielkiemu artyście - Czesławowi Niemenowi", przybitego do ściany obok drzwi do chaty.

4. Czwartek

W Wasiliszkach 17 dzień stycznia nie będzie się mocno różnił od innych. Może tylko ksiądz na mszy powie kilka słów o Niemenie? Może ktoś przechodząc koło jego chaty, zatrzyma się na chwilę i wspomni Czesława? Może w końcu ktoś zapali znicz na progu?

Andrzej Kłopotowski (Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej z 17 stycznia 2008)

Dziś mija piąta rocznica śmierci artysty

niedziela, 28 grudnia 2008
Czytelnia - część 14: Uazem przez step (rok 2004)
Wyprawa do Chin i Mongolii nauczyła mnie przede wszystkim słuchania siebie - mówi Henryk Wiszowaty, białostocki podróżnik, który wrócił właśnie z dwumiesięcznej wyprawy koleją transsyberyjską do Pekinu i Ułan Bator.
piątek, 05 grudnia 2008
Czytelnia - część 13: Z wizytą u Dziadka Mroza (2007)

Stany Zjednoczone mają swój Disneyland. Francja Park Asteriksa. Dania - Legoland. Białoruś może pochwalić się siedzibą Dziadka Mroza

Położona w środku białoruskiej części Puszczy Białowieskiej, około dziesięciu kilometrów od Białowieży, jest bez wątpienia najczęściej odwiedzaną atrakcją turystyczną obwodu brzeskiego. Tylko w jeden z grudniowych weekendów przed siedzibą wschodniego odpowiednika Świętego Mikołaja zatrzymało się dwieście autokarów, którymi przyjechało około ośmiu tysięcy gości! I nie jest to rekord. Latem wzdłuż drogi z Kamieńca do Kamianiuków, miejscowości będącej bramą do leśnych ostępów, autobusy potrafią stać w kilkukilometrowym ogonku!

Graniczny pijarowiec

Naszą przygodę z Dziadkiem Mrozem rozpoczynamy już na pieszym przejściu granicznym w Grudkach koło Białowieży. W sobotni poranek prócz kilkunastu turystów ciekawych białoruskiej części puszczy jest tu tylko kilku miejscowych trudniących się "drobnym handlem przygranicznym".

- O, turysty. Idziecie do naszego Dzieda Maroza? - zagaduje jeden z Białorusinów, 60-latek, opatulony w ciepłą kurtkę, czapę i rękawiczki.

- Da, do Dzieda Maroza.

- Wszyscy tam jeżdżą. I Paliaki, i Giermancy i nawet Kitajcy.

- Kitajcy?

- Da. Wszyscy ciekawi.

Nasz rozmówca kursuje rowerem na trasie Kamianiuki - Białowieża. Do Polski z litrem wódki i kartonem papierosów. Z powrotem z naszą żywnością. Do pokonania w jedną stronę ma jakieś dwadzieścia kilometrów.

- A nie zimno teraz tak na rowerze?

- Na początku tak, ale później, jak człowiek się rozgrzeje, to już nie czuje mrozu.

Rozmową skracamy czas kontroli białoruskich pograniczników. W końcu dostajemy stemple do paszportu i na piechotę, przez pas zaoranej ziemi oraz tzw. systemę - kilka rzędów zasieków z drutem kolczastym, wchodzimy na teren Białorusi, gdzie czeka już na nas mikrobus należący do białoruskiego Parku Narodowego Puszczy Białowieskiej.

To właśnie pracownicy parku zajmują się organizacją wycieczek po białoruskiej części puszczy. Samodzielne poruszać się po niej nie wolno. Wszak to strefa nadgraniczna. W kilku miejscach las jest wyraźnie przerzedzony. Ponoć to sprawka kornika. Po drodze nasza przewodniczka zasypuje nas ciekawostkami.

- Białoruska puszcza liczy 163 tysiące 550 hektarów. Z tego 30 tysięcy hektarów to rezerwat. Do puszczy przyjeżdżał Maszerow [w latach wojny walczył w partyzantce, po 1945 roku m.in. pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Białorusi - red.], który uwielbiał polować na kaczki, oraz Chruszczow, który polował tu na kabany [czyli dziki]. Specjalnie z myślą o Maszerowie, by miał gdzie oddawać się swojej pasji myśliwskiej, powstało sztuczne Jezioro Lackie na rzekach Sołomianka i Pierewałoka. Ma powierzchnię 240 hektarów, ale było niezbyt głębokie, miało 1-1,5 metra głębokości. Dziś jest pogłębiane do 8-9 metrów. Przybędzie też jego powierzchni.

Zanim jednak bus dotrze do bajkowej krainy, zatrzymuje się jeszcze przy muzeum przyrody w Kamianiukach, w którym mamy okazję obejrzeć wypchane okazy zwierząt żyjących w leśnych ostępach. Obok w klatkach żywe żubry, niedźwiedzie, dziki, łosie, ryś i lis. Przed gmachem grupki białoruskich dzieciaków.

Disneyland po białorusku

Do siedziby Dziadka Mroza dojeżdżamy już po zapadnięciu zmroku. Nie jest to żadna skromna chatka skryta gdzieś w gęstwinie, lecz usytuowana na piętnastu hektarach maszynka do robienia pieniędzy. Przed wejściem stragany z pamiątkami - Mikołajami czy raczej Dziadkami Mrozami w najróżniejszych postaciach - oraz knajpka z blinami. Ekipa cieśli buduje właśnie kolejne stragany. Oczywiście z drewna, by całe założenie utrzymane było w jednym stylu. Na parkingu przy muzeum kilkanaście autokarów. Wszystkie na białoruskiej rejestracji.

Gdy przebijemy się już przez otoczkę komercji, wchodzimy do bajkowego świata, którym dzieciaki są naprawdę zauroczone. Choćby rycerzami Dębem Dębowiczem i Wiązem Wiązowiczem - dwoma strażnikami, którzy strzegą masywnych wrót do siedziby Dziadka Mroza. Jak można przeczytać w broszurce o jego siedzibie przygotowanej przez park, zostali wyrzeźbieni z ulubionych drzew pogodnego starca przez mistrza Złotą Rączkę. Za nimi witają nas Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Również z drewna.

I w końcu - już prawdziwi - Dzied Maroz ze swoją wnuczką Śnieżynką na schodkach niedużego drewnianego domku z rzeźbionym gankiem i obramowaniami okien, przyozdobionego 40 tysiącami lampeczek.

Spotkanie z nim przypomina nieco audiencję u papieża. Dziadek z długą siwą brodą w czerwonym, haftowanym złotą nitką płaszczu i ciepłej czapie. Śnieżynka - odziana na błękitno uśmiechnięta dziewczyna, która mogłaby zawalczyć o tytuł miss Białorusi.

Wodzą wzrokiem za fleszami aparatów fotograficznych. Z każdą z grup zamieniają jedynie kilka słów. Niektórzy wręczają Śnieżynce (zwanej tu Śnieguroczką) drobne podarki. Albo listy z prośbą o prezent.

- Witam was ja, Dzied Maroz, a to moja wnuczka Śnieguroczka - zaczyna. - Dziękuję za to, że nas odwiedziliście. A wiecie, kto jest ojcem Śnieguroczki?

- Dzied Marooooooz - odpowiadają dzieciaki.

- Jak Dzied Maroz? Przecież bałwan - i pokazuje na ustawioną naprzeciwko jego chaty plastikową postać z wiadrem na głowie i marchewką zamiast nosa.

To właściwie koniec spotkania. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie, ale nie pojedynczo, jak z Mikołajem z Rovaniemi, lecz grupowo. Bo Dziadek Mróz jest - jak sam mówi - nie dla każdego z osobna, ale dla wszystkich razem.

Próbujemy porozmawiać z nim. Mówimy, że robimy reportaż do "Gazety". Kręci głową pokazując na zbliżające się co chwilę 20-30 osobowe grupki dzieciaków. W końcu znajduje wolniejszą chwilę. Na kilka sekund zabiera naszego fotoreportera do środka swojej rezydencji. Siada na tronie. Pozuje do zdjęć. Przy okazji odpowiada na kilka jego pytań.
- Dużo dzieci odwiedza dziadka?
- Dziś sto autokarów, na jutro też tyle samo jest już zapisanych.
- I daje dziadek radę spotkać się ze wszystkimi?
- Powoli już nie, ale na szczęście mam zmiennika.
- A jak się Dzied Maroz nazywa naprawdę?
- Dzied Maroz. Czekaj, z jakiej gazety jesteście?
- Z "Wyborczej".
- O, to pozdrówcie Adama Wajraka!
 

W bajkowym świecie

Ale na spotkaniu z Dziadkiem Mrozem wizyta w jego krainie wcale się nie kończy. Z myślą o zwiedzających przygotowano jeszcze dwie kolejne drewniane chatki. Do pierwszej - domku Śnieżynki - można zajrzeć tylko przez okno. W skromnym wnętrzu drewniane łóżko wnuczki.

W drugiej chatce mieści się tzw. skarbnica. Zgromadzono w niej prezenty, które przywiozły dzieciaki z całej Białorusi. Jest tu i żaglowiec w butelce, i ciężarówka-zabawka Biełaz, i zabawki ze słomy, i malowany kamień... Najciekawsze są jednak ściany, szczelnie zawieszone rysunkami dzieci, oczywiście z Dziadkiem Mrozem i Śnieżynką, którym często towarzyszą żubry.

Oraz listami.

"Dziadku Mrozie, przynieś mi zdrowie" - pisze Artur Sapożnikow.

"Przyjdź obejrzeć naszą choinkę" - zaprasza Wania Machoń.

"Proszę, by w tym roku zima była śnieżna, żeby można było jeździć na sankach" - prosi Irina Kriukowicz z Parafianowa.

Listy przychodzą tu praktycznie od początku istnienia siedziby - została otwarta dla zwiedzających w grudniu 2003 roku. Tylko w ubiegłym roku było ich około 18 tysięcy! W tym ciągle są dowożone. I jak zapewniają przewodnicy - wszystkie są dokładnie czytane. Mało tego. Nadawca dostanie odpowiedź! Zaś każdy, kto tu dotrze, może zrobić sobie zdjęcie w fotelu, w którym staruszek czyta i odpisuje na listy.

Magiczna ścieżka, przy której aż roi się od baśniowych postaci - kogutów, krasnoludów, księżniczek zaklętych w żabę, niedźwiedzi - ciągnie się dalej. Na pobliskim pagórku każdy ma okazję dosiąść zaprzężonych w łosia sań Dziadka Mroza. Wprawdzie drewnianych, ale ponoć gdy zasiada w nich sam właściciel, te w magiczny sposób ożywają. Na końcu ścieżki 150-letnia sosna. Wysokie na 40 metrów drzewo oświetla pięć tysięcy światełek. Wokół niej koniecznie trzeba zaśpiewać piosenkę "W lesie wyrosła choinka", a pomyślane w tym czasie życzenie na pewno się spełni.

Jeszcze więcej szczęścia ma przynieść przejście po moście życzeń. Przewodnicy obiecują, że ile kroków na nim zrobimy, tyle naszych marzeń się ziści... Marzeniem wielu dzieciaków jest z pewnością jak najdłuższy pobyt w tej baśniowej krainie. Niestety. Wieczorem trzeba wracać do rzeczywistości.

Tekst i foto Andrzej Kłopotowski (tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej z 24 grudnia 2007)

piątek, 03 października 2008
Czytelnia - część 12: Tam, gdzie Dniepru ciemne wody... (rok 2003)

Z okien pociągu przejeżdżającego przez Dniepr widać już złociste kopuły Ławry Kijowsko-Peczerskiej. Przez wagon przebiega prowodnik, kobieta obsługująca wagon. Oznajmia, że oto zbliżamy się już do stacji Kyjiw Pasażyrśkyj. Spod pryczy, z metalowej skrzyni wyciągam swój zdezelowany placek, by za chwilę poczuć rozgrzany asfalt chodników w stolicy Ukrainy, nazywanej często „matką miast ukraińskich, duchowym centrum kraju.”

Prezes maszerujący przez Kijów (UA), maj 2001 (fot. Mamoń)

Okolice dworca. Z trudem przeciskam się pomiędzy przekupkami oferującymi tu papierosy na sztuki, pojedyncze saszetki z herbatą Lipton, gumy Orbit na listki, oraz pieczone racuchy z powidłami i domowej roboty pierożki. Te są sprzedawane prosto z kraciastej torby, takiej samej, z jaką po Białymstoku, kroczą setki turystów z Białorusi. To tylko namiastka tego, co czeka mnie kilka godzin później na zlokalizowanym w centrum miasta Rynku Bessarabka. Ta wielka hala z początku XX wieku, jest dziś ubogim wspomnieniem osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych tzw. Kontraktów, gdy na targi do Kijowa zjeżdżali kupcy praktycznie z całej Europy. Dziś na targowych stołach, piętrzy się mięso, warzywa, owoce, suszone ryby i produkty przemysłowe. Można tu też kupić wyniesione z domów, niepotrzebne już stare książki, kartki pocztowe, śrubki albo nieznoszone buty po „starszym bracie”. Łatwo więc sobie wyobrazić, że w jej wnętrzu panuje, szczególnie w letnie dni, potworny zaduch. Kupuję tylko kilka dojrzałych brzoskwiń i przechodzę w stronę Majdanu Nezałeżnosci (Placu Niepodległości), by tam skosztować drugiego śniadania.

Pierwszy zapis o dawnej stolicy Rusi Kijowskiej pojawił się w IX wieku. Swój okres świetności stolica święciła do wieku XIII, gdy miasto zostało zniszczone przez Tatarów. Dziś, o latach świetności miasta świadczy stojący w centrum sobór św. Zofii. Wnętrza potężnej świątyni o dwunastu kopułach, pokrywają stworzone w XI wieku kamienne mozaiki zajmujące ponad dwieście metrów kwadratowych! Przedstawiono na nich sylwetki Chrystusa, Matkę Boską oraz sceny biblijne. Uzupełnieniem mozaik są pochodzące z tego samego okresu freski. Za ich sprawą cała cerkiew wygląda jak dzieło ogarniętego potrzebą tworzenia, szalonego artysty. O chlubnej historii miasta przypominają też liczne barokowe cerkiewki, porozrzucane pomiędzy eleganckimi kamienicami, w dzielnicy Podił (Padół). Stąd już tylko krok na kijowską uliczkę artystyczną - Andrijiwśkij uzwis, gdzie na straganach swe prace wystawiają miejscowi malarze.

Ukraina odnajduje na nowo swych bohaterów narodowych. Na pomniki, które uzupełniają historyczną tkankę miasta, wyniesiono hetmana Bohdana Chmielnickiego, księcia kijowskiego Jarosława Mądrego i księżnę Olgę. Patronami ulic stali się walczący o odrodzenie Ukrainy, piszący w języku narodowym, Taras Szewczenko, Łesia Ukrajinka i Iwan Franko. Mieszkańcy odnajdują swą prawdziwą tożsamość. Znów rozmawiają po ukraińsku, na straganach można kupić niebiesko-żólte chorągiewki, na urzędach powiewają flagi państwowe, nad wejściem często wisi "Tryzub" - oficjalne godło, niepodległej Ukrainy.

W latach dziewięćdziesiątych XX wieku odbudowano kilka zniszczonych w czasach sowieckich świątyń. Na tzw. Górce Św. Michała zrekonstruowano cerkiew pod jego wezwaniem. Niebieski sobór przyciąga dziś nie tylko turystów, ale też liczących na wsparcie bezdomnych i najbiedniejszych mieszkańców Kijowa. Tu właśnie zaczepia mnie grupka dzieciaków prosząca o kilka „dołłarów”, za które mogliby pójść na frytki do McDonalda. Uśmiechają się i proszą, bym zrobił im pamiątkowe zdjęcie.

Nad leżącą nieco na uboczu Ławrą Kijowsko-Peczerską, znów górują kopuły, odrestaurowanego i oddanego u progu nowego tysiąclecia wiernym, soboru Zaśnięcia Matki Boskiej. W otoczonej murami Ławrze, największym ośrodku kultu religijnego w Ukrainie, dziś znowu mieszka nieduża grupa mnichów. Prócz wielu cerkiewek, na szczególną uwagę zasługują tu tzw. pieczary. Podziemny kompleks, drążony od połowy XI wieku, składa się z dwóch części - pieczar bliższych i dalszych. Całość tworzy sześć podziemnych cerkwi i ponad pięćset metrów korytarzy, w których wystawiono relikwie świętych oraz pochowano szczątki 120 mnichów.

Niejako, aby przyćmić piękno monastyru, w latach komunizmu na pobliskim wzgórzu nad Dnieprem, ustawiono monumentalną figurę kobiety z mieczem w ręku - Matki Ojczyzny. Jest to część wielkiego założenia ku czci poległych i muzeum dokumentującego walki Ukraińców w II wojnie światowej oraz podczas wojny w Afganistanie w latach 1979-89.

Z okresu władzy sowieckiej pochodzi tez zabudowa głównej ulicy handlowej Kijowa - Chreszczatyk, szeroka aleja, w sam raz na wojskowe parady i pochody pierwszomajowe. Zabudowana wzorowymi domami socrealistycznymi, kryje dziś w parterach bloków eleganckie domu towarowe, sklepy z ciuchami, punkty obsługi telefonii komórkowej, restauracje sieci amerykańskich barów szybkiej obsługi oraz sklepy spożywcze i monopolowe. Na Chreszczatyku wypada być i pokazywać się. Tutaj też można poznać panujące w danym sezonie w Ukrainie kanony mody i urody.

W oczekiwaniu na zachód słońca, po którym zabytki Kijowa rozświetlą setki silnych reflektorów halogenowych, ja też spędzam tu kilka chwil, podziwiając ukraińskie krasawice, liczące na zaczepki podpitych kolesi zajmujących kilka ławek przy niedużej fontannie.

Andrzej Kłopotowski (tekst ukazał się w KP 41/2003).

wtorek, 16 września 2008
Czytelnia - część 11: Skandynawia dla ubogich (rok 2003)

Do przystani w Virtsu przybija stary, wysłużony prom. Pod pokład wjeżdża kilka samochodów osobowych. Na statek wsiada jeszcze kilkunastu pasażerów. Niektórzy z własnym rowerem. Po chwili wypływamy na lekko wzburzony tego dnia Bałtyk. Na pełne morze odprowadza nas kilka wygłodniałych mew, łapiących w powietrzu rzucane z pokładu kawałki chleba. Niecałą godzinę później, dopływamy do Kuivastu na estońskiej wyspie Muhu - najmniejszej z trzech odwiedzanych przez turystów.

Haltermaa (EST), kwiecień 2002 (fot. Wiszka)

Surowa, kamienista plaża. Nieduże betonowe molo, do którego przycumowano naszą "łajbę". Pusto tu. Widzimy jedynie kilka domów stojących nad brzegiem morza, od którego dmie zimny, majowy, porywisty wiatr. Przy portowym budynku dostrzegamy dwie kobiety z obsługi. Rozmawiają w zupełnie niezrozumiałym dla nas języku estońskim. Witamy się krótkim "Tere" (dzień dobry) i pytamy, czy mówią po rosyjsku. "Turyści? Skąd przyjechaliście?" - zwracają się z ciekawością łamanym rosyjskim. Mówimy, że jesteśmy z Polski i szukamy transportu na wyspę Saaremaa. "Musicie poczekać na następny prom, którym przypłynie autobus. Stopa możecie nawet nie próbować łapać, bo wszystkie samochody, jakie tu jeżdżą, to te które przypłynęły razem z wami i właśnie odjechały..."

Rozglądamy się po wiosce z nadzieją, że może jednak znajdziemy kogoś, kto wcześniej mógłby zawieźć nas, choć do najbliższej, większej osady. Nad brzegiem morza natykamy się jedynie na tabliczki ostrzegające przed wężami. Na podwórkach groźnie szczekają psy, podenerwowane spojrzeniami nieznajomych. Podnosi się trap. Prom wypływa znów w morze. Zostajemy na brzegu sami. Przy krawężniku, pod tablicą z mapą regionu ustawiamy nasze plecaki. Z ciekawości studiujemy nazwy miejscowości: Liiva, Orissaare, Emmaste, Suuremoisa, Valjala, Kaali, Kudjape, Kihelkonna. Większość brzmi, jakby były wyjęte z opowieści o Wikingach. Czekamy. Kto wie, może za chwilę zza chaty wyjdzie nagle dobra wróżka albo na kamieniu, obok nas, przysiądzie zmęczony elf...

Po dwóch godzinach, do brzegu dobija kolejny prom, a na nim wyczekiwany z niecierpliwością autobus. W pojeździe do Kuressaare wzbudzamy niemałe zainteresowanie. "Skąd wzięła się tu czwórka młodych podróżników, posługująca się jakimś dziwnym językiem?" - zdawały się pytać spojrzenia pasażerów. Szybko nawiązujemy kontakt z ciekawskimi miejscowymi. Ze starszymi rozmawiamy oczywiście po rosyjsku, z młodszymi też po angielsku, gdyż pierwszego dnia całe nasze estońskie słownictwo opiera się na czterech zwrotach: dzień dobry, do widzenia, proszę i dziękuję. Czujemy, że mamy szczęście. Przed wyjazdem słyszeliśmy bowiem, że właśnie wyspiarze szczególnie lubią podkreślać swą narodowość. Często też twierdzą, że znają jedynie estoński! Z czasem "łapiemy" kilka nazw podstawowych produktów żywnościowych i jesteśmy w stanie kupić nawet chleb, ogórki, pomidory, wodę i piwo. Na wszelki wypadek, aby sprzedawca zrozumiał, o co dokładnie nam chodzi, mówimy "powoli, dużymi, drukowanymi literami."

Estoński nie przypomina żadnego z języków państw Europy Środkowej. Na pierwszy rzut oka, poszczególne wyrazy składają się z szeregu powtarzanych samogłosek, pomiędzy które ktoś powrzucał losowo pojedyncze spółgłoski. Należy do rodziny ugrofińskiej, tej samej, z której pochodzą szwedzki, fiński i... węgierski. Jak dowiadujemy się od jednego z gospodarzy, u którego znaleźliśmy schronienie, Fin może czytać swobodnie gazetę wydawaną w Tallinie, tak jak mieszkaniec Estonii dziennik przywieziony z Helsinek. Identyczna sytuacja ma miejsce z grupą języków słowiańskich: polskim, czeskim, słowackim, białoruskim, ukraińskim i rosyjskim, w których można odnaleźć wiele podobnych, a nawet wspólnych zwrotów.

Kuressaare. Nadmorskie miasteczko z okazałym zamkiem biskupim i wąskimi uliczkami, przy których stoją niskie domki, jest doskonałą bazą wypadową na wycieczki po wyspach. Nieduże odległości pomiędzy poszczególnymi, interesującymi miejscami, sprawiają, iż wymarzonym środkiem lokomocji staje się tu rower. Za nieduże pieniądze (około 20 złotych za dzień) można przemierzać na nim tę spokojną krainę, nie napotkawszy po drodze żadnego mieszkańca! Z rozkoszą "błądziliśmy" godzinami w samotności po pustych, leśnych drogach, łączących kolorowe wioski z kamiennymi kościółkami, starymi wiatrakami i drewnianymi chałupinami. Estońskie wyspy zamieszkuje niewielka społeczność - kilkutysięczne miasteczko to już metropolia! Cały kraj liczy niecałe 1,5 miliona mieszkańców! Mniej niż jedna Warszawa. Jest to więc wymarzone miejsce, by poszukać ciszy i uspokoić rozkołatane nerwy. Tym bardziej, że nie dotarł tu jeszcze cały, nadęty przemysł turystyczny. Jak na razie uroki tego państwa potrafią docenić jedynie sąsiedzi zza zatoki - wspominani już Finowie oraz Niemcy, którzy na lato ściągają tu z całymi swoimi rodzinami.

Estończycy starają się demonstrować swą narodowość na każdym kroku. Przez lata funkcjonowania u boku "wielkiego braciszka" wielokrotnie sprzeciwiali się decyzjom z Moskwy. W 1991 roku, jako pierwsi ogłosili swoją suwerenność. W ślad za Estonia poszła Litwa i Łotwa, a później pozostałe republiki. Osoby, które chciałyby ubiegać się o obywatelstwo tego kraju, muszą najpierw zdać pomyślnie egzamin ze znajomości języka. Na głównych placach miasteczek zazwyczaj powiewa granatowo- czarno-biała flaga państwowa.

Eesti Vabariik, bo taką oficjalna nazwę nosi Estonia - jedno z dziesięciu państw, które w maju przyszłego roku ma powiększyć Unię Europejską, jest w Polsce właściwie nieznane. Mimo, że leży niedaleko od naszych wschodnich granic, nie budzi takiego zainteresowania jak najbliżsi sąsiedzi - Białoruś i Litwa. A szkoda, bowiem kraj to niezwykle ciekawy i naprawdę warto się tam wybrać na kilka dni, by poczuć, choć namiastkę zimnego, skandynawskiego klimatu.

Andrzej Kłopotowski (Tekst ukazał się w KP 40/2003)

piątek, 05 września 2008
Czytelnia - część 10: Nad Niemnem (rok 2008)

Trzyczęściowa opowieść o Kownie, Druskienikach oraz Grodnie i okolicach tych miast. Tym razem w formie linków:

* Nad Niemnem - część 1: Kowno i okolice

http://miasta.gazeta.pl/bialystok/1,35252,5617013,Przewodnik_wakacyjny__Nad_Niemnem.html

* Nad Niemnem - część 2: Druskieniki i okolice

http://miasta.gazeta.pl/bialystok/1,35235,5638916,Nad_Niemnem___Druskienniki.html

* Nad Niemnem - część 3: Grodno i okolice

http://miasta.gazeta.pl/bialystok/1,35235,5662950,Nad_Niemnem__Grodno_i_okolice.html

A na zachęte dwie fotki nadniemeńskie

Bohatyrowicze (BY), październik 2007 (fot. Mamoń)

Kowno (LT), maj 2008 (fot. Mamoń)

piątek, 22 sierpnia 2008
Czytelnia - część 9: Made in DDR (rok 2003)

Chemnitz w południowej Saksonii - bardziej znane jako Karl-Marx-Stadt. Na klatce schodowej jednego z wysokościowców przy głównej ulicy - Alei Narodów, wielki odlew z napisem „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”. Przed blokiem ustawiona potężna, kamienna głowa Karola Marksa.

Chemnitz (D), sierpień 2003 (fot. Mamoń)

To jedna z nielicznych, zachowanych do dziś pamiątek po NRD. Robi wrażenie... Pozostawiona ku przestrodze potomnych, by ci pamiętali o tragedii podzielonego narodu, opisywana jest dziś w przewodnikach jako główna atrakcja miasta.

Przez ostatnie kilkanaście lat wschodnie landy uległy ogromnej przemianie. Dawniej bure i nijakie blokowiska, jakich pełno też na terenie Podlasia, cieszą dziś oko ciepłymi, pastelowymi kolorami. Pomiędzy nimi stoją dumnie, odrestaurowane z największą pieczołowitością zabytki, często z XI czy XII wieku jak to ma miejsce choćby w Magdeburgu. Pod blokami pojemniki do segregowania odpadków. Po ulicach miast mkną bezszelestnie długie, żółte wagoniki tramwajowe. Na przystankach ustawione automaty do sprzedaży biletów. Koniecznie dwa. Jeden przystosowany do Euro, drugi, w którym można płacić jedynie kartą kredytową. „Plastikowy pieniądz” stał się równoprawnym środkiem płatniczym, a czasami nawet można odnieść wrażenie, że jest chętniej wybierany przez Niemców. Na dworcach kolejowych łatwiej znaleźć komputerowy automat, niż zwyczajną kasę...

Przejście z polskiego pociągu pośpiesznego, do niemieckiej kolejki podmiejskiej to „podróż w przyszłość”. Trudno mi znaleźć inne określenie na różnicę pomiędzy dusznym, śmierdzącym, buro-zielonym wagonem PKP, a komfortowym, przypominającym rakietę, klimatyzowanym i dostosowanym do potrzeb niepełnosprawnych wagonem Deutsche Bahn. W toalecie zainstalowano tu nawet elektryczną suszarkę do rąk! Bilety, fakt, kosztują znacznie więcej, ale komfort jazdy jest nieporównywalny. Poza tym podróżując grupką zawsze można liczyć na zniżki. W Polsce? To raczej nie do pomyślenia. Przecież koleje pozostają wciąż nierentowne.

Innym niemieckim fenomenem są rowery. Pod sklepami, urzędami, akademikami i dworcami w mniejszych stacjach stoją dziesiątki jednośladów. W pociągach, obok wejść do wagonów, wyznaczono specjalne miejsca do ich przewożenia. Na ulicach, pomiędzy pasami dla samochodów, wydzielone są ścieżki rowerowe. Znaczek z rowerzystą pojawia się nawet obok pieszych na sygnalizatorach świetlnych. Dźwięk dzwonka nikogo tu nie dziwi, a osoby nawet na najbardziej wysłużonych modelach z lat 70-tych wywołują przyjazny uśmiech na twarzach przechodniów.

Drezno. Stolica Saksonii. Po zeszłorocznej powodzi nie widać dziś już żadnych śladów. Przypominają o niej tylko sprzedawane w księgarniach kartki pocztowe i albumy ze zdjęciami zalanego miasta. Drezdeńskie „stare miasto ma krótkie, gęsto zabudowane uliczki, jak wszystkie średniowieczne miasta” - pisała w XIX wieku Klementyna Hofmanowa. Tkanka ta została niestety zniszczona w czasie drugiej wojny światowej podczas nalotów lotniczych Aliantów. Do wciąż rekonstruowanej części staromiejskiej przylegają dziś bloki, do złudzenia przypominające te na warszawskim MDM-ie. Podobnie jak w polskiej stolicy, tak i tu na budynkach można odnaleźć płaskorzeźby z górnikami, robotnikami, a nawet Chińczykami uprawiającymi ryż. Odbudowane zaułki pomiędzy Zwingerem, ratuszem i nową synagogą, nad którymi unosi się klasyczna, wygrywana na fletach muzyka, „wydreptują” rosyjskie, niemieckie i włoskie wycieczki.

Żadna z nich, nie zapuszcza się jednak na leżące po drugiej stronie Elby, Nowe Miasto. To jedna z niemieckich dzielnic muzyki alternatywnej zamieszkała przez młodych muzyków, malarzy i rzeźbiarzy. Kamienice, często z początku XX wieku, zamienione są dziś na squaty, w których działają półoficjalne kluby muzyczne, galeria sztuki i knajpki. Raz do roku, w czerwcu, Neustadt ma swoje święto. Wtedy to rozstawiane są sceny, mieszkańcy wynoszą z domów niepotrzebne już rzeczy, a na ulicach wspólnie bawią się mieszkający tu Turcy, Wietnamczycy, przybysze z „czarnego lądu” i Niemcy.

Wbrew powszechnym opiniom nie wyczuwa tu nienawiści rasowej. Większość młodych ludzi, podobnie jak w Polsce jeździ dziś na rolkach albo deskorolkach. Przez tydzień podróżowania po Niemczech widziałem tylko jednego Skinheada. W Białymstoku codzienne można spotkać przynajmniej kilku „prawicowców” albo grupkę bezmózgich „kolegów w dresach”.

Niemiecka Republika Demokratyczna. Nieistniejący już dziś twór państwowy, powstały na skutek podziału Europy na dwa bloki - kapitalistyczny i komunistyczny, stał się dziś symbolem przemian, jakie zachodzą nie tylko na górze, w parlamentach i urzędach, ale też w świadomości mieszkających tu osób. Pozostaje mieć tylko nadzieję, choć ta matką wiadomo kogo, że z wejściem naszego kraju do UE podobne zmiany na lepsze zajdą i w Polsce.

Andrzej Kłopotowski (tekst ukazał się w KP Nr 39/2003)

 
1 , 2